Minęło już 25 lat od ukazania się debiutanckiej płyty Tori Amos, „Little Earthquakes”. Wokalistka zaproponowała na niej mieszankę muzyki leżącą gdzieś pomiędzy Kate Bush, a Joni Mitchell, jednak ze zdecydowanie rockowym zacięciem. Skala emocji, jakie wyrażała na pierwszej płycie była olbrzymia, z jednej strony mieliśmy delikatne, kruche wręcz „Winter”, a z drugiej odarte do samego wokalu, poruszające „Me and a Gun”, historia gwałtu jakiego na Amos dopuścił się jeden z fanów. Tematyka tekstów była równie zróżnicowana: religia, seksualność, dzieciństwo - wszystko opowiedziane z bardzo prywatnej perspektywy, jakby wokalistka chwytała nas za rękę i prowadziła przez swoje dotychczasowe życie.

Takie podejście do muzyki i pisania rozwijały kolejne albumy Tori, która nie bała się sięgać po mocniejsze (oczywiście w ramach rocka) brzmienia czy rozbudowane orkiestracje bądź mocną elektronikę. Jednak punktem wspólnym jej nagrań zawsze była jakaś podskórna nostalgia, czasami wypływająca na pierwszy plan, jak na przykład w poruszającym „Hey Jupiter” a czasami obecna jedynie w delikatnym głosie Amos, jak w mocnym „Cornflake Girl”. Z czasem jednak muzyka Amerykanki łagodniała, mniej więcej od „Scarlett’s Walk” z 2002 roku rzadziej zdarza się Amos sięgać po mocniejsze środki wyrazu, skupia się na eleganckich, delikatnych brzmieniach klawiszy, zostawiając sporo przestrzeni na oddech, wybrzmienie nut.

Nowa płyta, „Native Invader” jest doskonałym potwierdzeniem tego rozwoju. Jest raczej wyciszona, operująca nastrojem, nie atakująca, jak zdarzało się na pierwszych wydawnictwach. Fani kompozytorki znajdą tutaj odwołania do najlepszych płyt/utworów z jej katalogu. Album wraca do brzmień, w których Amos chyba najlepiej się czuła – „Scarlett’s Walk”, „The Beekeeper”, spokojniejsze fragmenty płyt z końca lat 90. – to wszystko jest tutaj obecne. Najlepsze momenty na płycie to zdecydowanie utwór otwierający, „Reindeer King”, wprowadzający słuchacza w klimat panujący na albumie, „Breakaway”, „Wildwood”, mogące śmiało konkurować z najlepszymi utworami z wymienionych wcześniej dwóch płyt artystki i poruszające „Mary’s Eyes”, mające w sobie coś z klimatu krążka „Under the Pink”, muzyczna próba poradzenia sobie z osobistą, rodzinną tragedią.

Płytę (2LP) kupisz na voiceshop.pl