Tom Petty nie żyje. Muzyk zmarł 02-10-2017 w wyniku zawału serca. Artysta wraz ze swoim zespołem Hearbreakers właśnie odbył trasę koncertową. W takim momencie opadają ręce, człowiek nie wie co powiedzieć. Jak to możliwe?, przecież Petty zawsze błyszczał, był duszą towarzystwa, nie miał problemów z uzależnieniami. Muzyk urodził się 20.10.1950 roku, zrobił wielką karierę, która nabrała rozpędu po sukcesie albumu "Damn The Torpedoes" z 1979 roku. Na swoich płytach przedstawił na wskroś amerykańską odmianę rocka czerpiącego z klasycznego rock' n rolla, country, bluesa i folku. Proste piosenki, skromnie zaaranżowane, ale podane z niesamowitym animuszem i żarliwością sprawdzały się w każdej dekadzie. Petty to jeden z nielicznych artystów wykonujących taką muzykę, który wspaniale poradził sobie w latach 80. XX wieku, a przy okazji pomógł uratować upadające  kariery słynniejszych i starszych od siebie kolegów. Mowa oczywiście o supergrupie The Travelling Wilbourys w której oprócz Toma spotkali się: Jeff Lynn, Bob Dylan, George Harrison i Roy Orbison. Noblista Dylan szczególnie powinien podziękować Petty'emu, który w ósmej dekadzie ubiegłego wieku przeżywał szczyt kariery. Heartbreakers zabrali w trasę koncertową legendarnego barda i podreparowali jego rynkową pozycję. Twórczość zmarłego jest uniwersalna, podoba się nawet osobom, którzy na co dzień nie są fanami gatunku americana. Przekonuje ich zapewne niesamowita charyzma, lekkość, naturalność, dystans, humor i prawda która emanuje z piosenek Petty'ego. To nie był wirtuoz, pozer, wyniosły i niedostępny gwiazdor rocka. Tom był człowiekiem z krwi i kości, jednym z nas tylko obdarzonym talentem do pisania bezpretensjonalnych piosenek o życiu. Spoczywaj w pokoju Mistrzu.