Firma XL Recordings, wznawiająca obecnie katalog płyt macierzystej formacji Thoma Yorke’a, Radiohead, wydała na winylu również drugi solowy album lidera formacji. Po ośmiu latach od solowego debiutu ("The Eraser" z 2006 roku) Yorke powrócił z kolejnym autorskim albumem, "Tomorrow's Modern Boxes". Udostępnił go do pobrania (za opłatą) w serwisie BitTorrent. Po sześciu dniach licznik pobrań wskazywał ponad milion – był to najlepszy wynik spośród legalnych plików w 2014 roku. Jak ta płyta prezentuje się teraz, po trzech latach od wydania? Przede wszystkim ciągle brzmi świeżo, a w świecie elektroniki albumy mają tendencję do naprawdę szybkiego starzenia się. Kto oczekiwał po niej zmiany stylistyki ten się srodze zawiódł, artysta nadal eksplorował na niej brzmienia, które wypełniały "The Eraser". Co więc tutaj mamy? Ano IDM (Intelligent Dance Music) w najczystszej postaci, z naciskiem na dźwięki, jak na Yorke’a przystało, raczej neurotyczne. Pierwszy utwór, "A Brain In A Bottle", ma lekko złamany, hip-hopowy beat, jednak zawodzący wokal wyprowadza go daleko poza ten gatunek. Drugi, "Guess Again", chyba najbardziej przypomina klimatem pierwszą płytę York’a, lekki, niewymuszony śpiew, pianino przepuszczone przez jakiś filtr, brzmiące przez to jakby dochodziło spod wody. Żwawy, jak na artystę beat o dziwo nie powoduje, że noga rwie się do tańca, ma chyba bardziej za zadanie wprowadzić w jakiś rodzaj transu, hipnozy. Dalej mamy delikatny "Interference", oparty praktycznie na plamach dźwiękowych oraz mocniejszy (oczywiście jak na standardy lidera Radiohead) "The Mother Lode", znowu przypominający produkcje z "The Eraser" – dziwaczny, lekko „wybity” rytm, czysto elektroniczne brzmienie, nad tym wszystkim wysoki wokal Yorke’a, w końcówce, o dziwo, radośnie (choć może to tylko wrażenie) nucący wesołą melodyjkę. "Truth Ray" ściąga z powrotem w doliny: prosty, schowany za plamami dźwiękowymi beat, zmęczony głos, jakby resztkami sił wyśpiewywany, już prawie że melorecytowany, tekst. Później znowu trochę ożywienia, "There Is No Ice (For My Drink)", prawie instrumentalny, energetyczny utwór, znowu będący powrotem do debiutu artysty. „Prawie instrumentalny”, bo wokal się pojawia, jednak w mocno przetworzonej formie, zapętlony, puszczony przez filtry - całość sprawia przedziwne, niepokojące wrażenie, szczególnie w końcówce, zbudowanej z samego właśnie przerobionego głosu, nałożonego na siebie warstwami. Jest to jednocześnie początek kolejnego utworu, tym razem już stricte instrumentalnego, "Pink Section", w którym ponownie wykorzystane jest przetworzone, lekko zniekształcone brzmienie fortepianu, nałożone na cały czas wybrzmiewające zmanipulowane wokale. Z tego kolażu wyłania się niespieszny beat - to ostatni na płycie "Nose Grows Some". Głos płynący z głęboka, jakby nagrywany był w jakimś sporych rozmiarów wnętrzu, elektroniczne klawisze – klimat, do jakiego Yorke zdążył już nas przyzwyczaić.

Wokalista Radiohead na swoich solowych płytach trzyma się wybranej ścieżki, nie eksperymentuje z gatunkami aż tak bardzo jak w zespole. Oczywiście, puryści od muzyki elektronicznej oburzą się, że przecież jest tutaj trip-hop, click’n’cut, IDM czy co tam jeszcze, jednak w przypadku artystów tego formatu co Yorke, nie można wymagać, żeby sztywno trzymał się jednej konkretnej, bardzo wąskiej definicji gatunku. On po prostu jest zafascynowany elektroniką, muzyką, jaką można stworzyć przy użyciu komputera i procesorów dźwięku, słychać to na nowszych płytach Radiohead, ale to solowe albumy pokazują w pełni tę fascynację. Razem z producentem Nigelem Godrichem wyruszają w podróż po świecie elektronicznych brzmień, nie trzymając się sztywno granic podgatunków, dlatego trudno jednoznacznie określić jaka jest ta solowa muzyka Yorke’a. Zresztą, to samo można powiedzieć o Radiohead, ciągle uciekającym klasyfikacji, z tym, że w przypadku zespołu wachlarz inspiracji jest znacznie szerszy – od rocka autorskiego przez alternatywę po elektronikę. Yorke skupia się na tej ostatniej i jest w tym naprawdę dobry.

 

Płytę kupisz na voiceshop.pl