Dwadzieścia pięć lat temu premierę miał film Camerona Crowe’a "Samotnicy" (oryg. "Singles"). Reżyser filmu, jednocześnie jego scenarzysta i producent, w wieku piętnastu lat był już współpracownikiem Rolling Stone (najmłodszym w historii tego magazynu), stąd może wynikać fakt, że obrazy Crowe’a z reguły wypełnia świetna muzyka. Nie są to filmy muzyczne (może poza historią Pearl Jam – "Pearl Jam Twenty" i "The Union" – dokumentem na temat wspólnego albumu Eltona Johna i Leona Russela), jednak oglądając jego filmy to doskonałe dopasowanie muzyki, selekcja, w której czuje się profesjonalną rękę, od razu przykuwa uwagę. Tak było w przypadku choćby "Vanilla Sky". W tym filmie Crowe zaczął od Radiohead i "Everything In Its Right Place", by przetoczyć się przez właśnie wypływający na szerokie wody Sigur Rós i zakończyć na sir Paulu McCartney’u, w międzyczasie sycąc nasze uszy rewelacyjnymi utworami Jeffa Buckley’a czy Spiritualized. Tak też było z Elizabethtown, gdzie z kolei zabrał nas w podróż głównie po southern i folk rocku, przemycając na ekran utwory Toma Petty’ego, Ryana Adamsa, Lindseya Buckinghama czy My Morning Jacket.
"Singles", film, nad którym Crowe rozpoczął prace jeszcze w 1991 roku to kolejny przykład na doskonałe wyczucie chwili i rozeznanie w rynku muzycznym. Sam film jest najzwyklejszą komedią romantyczną opowiadającą o perypetiach kilku dwudziestoparolatków. Ważne jest jednak tło. Rzecz dzieje się w SEATTLE. W Seattle w początkach lat 90. Jedną z głównych postaci jest członek fikcyjnej kapeli CITIZEN DICK (rewelacyjny Matt Dillon w roli Cliffa Ponciera; Jeff Ament, Eddie Vedder i Stone Gossard z Pearl Jam odtwarzają jego kolegów z zespołu). Bohaterowie chodzą na lokalne koncerty. Czego można się było spodziewać po filmie z takim backgroundem?
Tak. Są tutaj prawie wszyscy święci z tamtych lat, z tamtego miasta. Prawie, bo Nirvana w międzyczasie rozbiła bank i prawa do wykorzystania "Smells Like Teen Spirit" okazały się zbyt drogie nawet jak dla Warner Bros. Mamy tutaj Alice In Chains, Soundgarden, Chrisa Cornella solo, Pearl Jam, Mother Love Bone, Screaming Trees i Mudhoney. Dodatkowo Paula Westerberga z The Replacements, Smashing Pumpkins, The Lovemongers (z Nancy i Ann Wilson z grupy Heart) oraz pierwszą wielką figurę ze Seattle, Jimiego Hendrixa.
W skrócie rzecz ujmując, soundtrack, który ukazał się trzy miesiące przed premierą filmu był strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o muzyczne trendy. Co więcej, był jednym z albumów, które pozwoliły przebić się muzyce ze Seattle do świadomości ogółu – pokrył się platyną i trafił do zestawienia Top Ten.
Dwadzieścia pięć lat później, 19 maja 2017 roku, dzień po tym, jak jeden z głównych twórców muzyki do filmu, Chris Cornell, postanowił pożegnać się z tym światem, ukazały się wznowienia tego albumu. Do wyboru mamy dwie opcje: podwójne CD, lub podwójny winyl z CD. Wersja winylowa to podstawowy album na dwóch 12”, CD z bonusami i voucher do pobrania wersji cyfrowej płyty. 2xCD to po prostu podstawowy album na pierwszym dysku i bonusy na płycie nr 2, do tego książeczka z notką od Camerona Crowe’a i historią stojącą za każdym z utworów z obu płyt.
To właśnie to personalne podejście Crowe’a do muzyki, anegdotki, które przytacza opowiadając o kompozycjach i same kompozycje stanowią o sile tego albumu. Oczywiście, podstawowe utwory to dla fana muzyki ze Seattle klasyka klasyki, tematy przesłuchane tysiące razy, jednak dodatki to już zupełnie inna historia. Na bonusowym dysku znalazło się miejsce dla "Would?" i "It Ain’t Like That" Alice In Chains oraz "Birth Ritual" Soundgarden w wersjach na żywo, zagranych na potrzeby filmu i scen z koncertów. Są wersje akustyczne "Dyslexic Heart" i "Waiting For Somebody" Paula Westerberga, a także jego fantastyczny, energetyczny instrumental: "Lost In Emily’s Woods". Są też dwa nagrania, które z różnych względów nie znalazły się na oryginalnym albumie, a które dla Crowe’a były bardzo ważne, towarzyszyły filmowi przez cały czas jego produkcji, "Heart and Lungs" Truly i "Six Foot Under" Blood Circus.
Jednak przede wszystkim jest tutaj nieodżałowany Chris Cornell. Pierwotna wersja "Spoon Man" czy "Flutter Home" nie rzuca na kolana, jednak daje wgląd w proces komponowania doskonałych utworów. Cały album zaś zamykają dwie perełki. "Ferry Boat #3" jest bez wątpienia jedną z piękniejszych piosenek muzyka, choć słychać, że zaaranżowaną dopiero wstępnie. Fantastyczny motyw przewodni gitary długo jeszcze po skończeniu odtwarzania nie chce wyjść z głowy, a tekst po wydarzeniach z 18 maja nabiera zupełnie nowego zabarwienia. Na koniec to właśnie Cornell żegna słuchaczy, grając swój "Score Piece #4", prosty, ale wpadający w ucho, ilustracyjny utwór, chyba jedyny tego typu w dyskografii muzyka.
Dla wszystkich wychowanych na koszulach w kratę i dziurawych dżinsach "Singles" to pozycja obowiązkowa. Ten album, szczególnie teraz, wzbogacony o niepublikowane wcześniej nagrania, jest jak fotografia z dzieciństwa. Wszyscy tutaj są, uśmiechają się, puszczają oko do kamery, smucą się bo nie idzie im w życiu tak, jakby chcieli, cieszą, bo znaleźli to, czego szukali. Ale przede wszystkim: SĄ.

 

 

Płyty CD/LP kupisz na voiceshop.pl