Ponad 20 lat minęło od ostatniej płyty zespołu Slowdive  i bardziej można było spodziewać się jakiejś rocznicowej wersji drugiego albumu zespołu z Reading, „Souvlaki” z 1993 roku, uważanego za jedną ze sztandarowych pozycji nurtu shoegaze, niż kompletnie nowego materiału, jednak – stało się. Co prawda grupa w 2014 roku reaktywowała działalność i zaczęła pojawiać się na festiwalach i koncertach na całym świecie, jednak takie powroty bywają podyktowane, cóż, względami ekonomicznymi i kończą się odgrywaniem starego materiału i co najwyżej reedycją kilku płyt. Nie w tym jednak przypadku. Po trzech latach od „zejścia się” muzyków otrzymaliśmy czwarty pełnowymiarowy album zespołu. Często zdarza się, że to pierwsze płyty zespołu za tytuł mają po prostu nazwę kapeli, w tym przypadku ta zasada została – pozornie tylko – złamana. Dlaczego pozornie? Minęło tyle lat, że śmiało można mówić o nowym początku Slowdive. Oczywiście, nie da się zapomnieć o tym, co było. Pierwszy LP zespołu, „Just for a Day” z 1991 roku, eksplorował brzmienia The Cure i The Cocteau Twins, drugi, wspomniany „Souvlaki”, razem z dokonaniami My Bloody Valentine czy Ride wszedł do kanonu shoegaze’u, trzeci, „Pygmalion” z 1995 roku, był najbardziej ekscentryczną płytą w dorobku zespołu, bardziej przypominającą dokonania Briana Eno, niż wcześniejsze wydawnictwa Slowdive.

Na najnowszym albumie muzycy z Reading nawiązują do świetności shoegazu, nurtu, którego byli jednym z filarów i na którego rozwój mieli duży wpływ. Sporo tutaj efektów gitarowych, rozmarzonych, płynących jakby od niechcenia linii wokalnych, przestrzeni, jedynie lekko zasnutej gitarą, ale jest też trochę gitarowego hałasu przetworzonego w charakterystyczny dla tego gatunku sposób. Całość zaczyna się od perkusyjnego bitu, plam dźwiękowych i gitary kojarzących się z późnymi dokonaniami Talk Talk - piękne „Slomo” z rozedrganym wokalem Neala Halsteada uzupełnianym natchnionym głosem Rachel Goswell idealnie nadaje się na nowe otwarcie, zaznacza, w którą stronę poszedł zespół, że mimo wszystko nie wybrał ścieżki „Pygmaliona”, lecz zwrócił się ku swoim początkom. Kolejne utwory na płycie tylko utwierdzają w tym przekonaniu. Szybki, energetyczny, przywodzący na myśl płytę „Nowhere” grupy Ride, „Star Rowing”. Kolejny, „Don’t Know Why”, za sprawą prowadzenia wokalu i gitary przypominający The Cocteau Twins. „Sugar for the Pill”, uwodzący „dzwoniącą”, przestrzenną gitarą. „Everyone Knows” z niesamowitym wokalem Rachel Goswell na pierwszym planie brzmiący chyba najbardziej optymistycznie z całej płyty. Zdecydowany szlagier, „No Longer Making Time”, rozwijający się od spokojnych pojedynczych uderzeń w struny do brzmienia a la My Bloody Valentine i ponownie wyciszający się. „Go Get It”, o podobnej strukturze – głośno-cicho – jednak zdecydowanie bardziej leniwy od poprzednika, w spokojniejszych fragmentach nawiązujący do wspomnianej już grupy Talk Talk i solowej twórczości Marka Hollisa. No i na koniec „Falling Ashes”, oparty na brzmieniu klawiszy i zapętlonej sekwencji fortepianu, z powtarzanym jak mantra „Thinking about love, thinking about love” Neala Halsteada.

„Slowdive” w żadnym momencie nie zaskakuje, nie ma tutaj elementów, które nie pojawiłyby się już wcześniej w muzyce zespołu. Jednak w przypadku tej płyty absolutnie nie jest to zarzut. Może gdyby był to dziesiąty album grupy, może wtedy moglibyśmy się czepiać, że to wszystko już było. Jednak minęły 22 lata od ostatniego wydawnictwa Slowdive, a jest to dopiero czwarta płyta w ich dyskografii, więc te zarzuty są w tym przypadku nieadekwatne. Osiem kompozycji z tej płyty to jakby sygnał od zespołu, że wrócił i nie ma zamiaru bawić się w rewolucje, tylko będzie dalej robił to, co najlepiej mu wychodziło. Słowem, świetny powrót, możliwe, że jeden z bardziej udanych w przemyśle muzycznym. Mało kto dziś gra taką muzykę, warto sięgnąć po tę płytę i dać się przenieść w czasie o dwadzieścia lat wstecz.

 

 

Płyty CD/LP kupisz na voiceshop.pl