W drugiej połowie lat 90. wydawało się, że bitwa o tytuł największego współczesnego zespołu z Wielkiej Brytanii rozegra się pomiędzy Oasis a Blur. Szala zwycięstwa przechylała się to w jedną, to w drugą stronę, a wszystko, co było grane przez jakikolwiek zespół w klasycznym składzie i pochodziło z wyspy, nazywane było brit-popem.
I wtedy, w 1997 roku przyszedł niespodziewany zwycięzca. O tyle ciekawy, że nie startujący w konkurencji. Owszem, mający na swoim koncie hit olbrzymi („Creep”) i kilka pomniejszych, jednak poruszający się swoimi ścieżkami. Jak wyjątkowo neurotyczny kot.
„OK Computer” wywrócił do góry nogami wszystkie standardy. Pierwsze przesłuchanie tej płyty przynosiło szok. Drugie – niedowierzanie. Trzecie – zachwyt, który później się już tylko pogłębiał. Zespół pokazał co myśli o standardach promocyjnych wydając jako główny singiel najdłuższy z całej płyty, złożony niczym „Bohemian Rhapsody”, „Paranoid Android”. Yorke i reszta zespołu odrzucili wszystkie wypracowane wcześniej przez siebie schematy, zupełnie jakby postanowili stworzyć Radiohead od nowa. Co, notabene, później przydarzyło się im jeszcze kilkakrotnie. Próżno było szukać na „OK Computer” tak „tradycyjnych” rockowych szlagierów, jak choćby „Fake Plastic Trees”, nie mówiąc już o wspomnianym „Creep”. Zupełnie jakby zespół zaczął wycofywać się do wewnątrz, wypuszczając tylko kilka nieprawdopodobnie pięknych kompozycji. Całkiem jak sawanci – zamknięci w swoim świecie, a przy okazji obdarzeni niezwykłymi talentami. Paradoksalnie, odarte z rockowej estetyki utwory stały się nowym kanonem rocka. Bardzo dobre teksty, poruszające tematykę polityczną, społeczną, ale i, jak na album mimo wszystko rockowy przystało, uczuciową. Piękna, wielopłaszczyznowa muzyka, która przy każdym odsłuchu zaskakiwała czymś nowym. Rewelacyjna, dopracowana w najmniejszym szczególe i wpisująca się w ogólny charakter płyty, okładka/wkładka. Wszystko to spowodowało, że krytycy pisali o „OK Computer” praktycznie w samych superlatywach. Chwalono odwagę zespołu, kontrastując ją z odcinaniem kuponów przez inne brytyjskie zespoły, przepowiadając, jak Nick Kent w Mojo, że może i te zespoły sprzedadzą więcej płyt, jednak za dwadzieścia lat to właśnie o „OK Computer” będzie się mówić jako o albumie, który pchnął muzykę rockową naprzód.
A zatem, minęło dwadzieścia lat. Muzyka rockowa powędrowała dalej swoimi ścieżkami, jednak, zupełnie tak, jak przewidywał Kent, „OK Computer” brzmi świeżo i nowocześnie, a czytając teksty ma się wrażenie, że Yorke pisał je wczoraj. Świat muzyki dogonił Radiohead. A raczej „OK Computer”, bo Radiohead jest już zupełnie gdzie indziej, ale o tym może przy innej okazji.
Rocznicowe wydanie albumu oksfordczyków (2CD lub 3LP+voucher na pobranie zawartości) poza oczywistą kwestią, jaką jest nowy mastering (płyta świetnie grała, teraz brzmi jeszcze lepiej), przynosi też kilka rarytasów. Większość z nich wytrawny fan zespołu będzie już znał, są to bowiem strony B singli wydanych w 1997 i 1998 roku. Do „OK Computer: OKNOTOK 1997 2017” dodano jednak trzy nagrania, które są prawdziwymi ciekawostkami. Chodzi mianowicie o „I Promise”, „Man of War” i „Lift”. Utwory te zespół grywał na koncertach (szczególnie często ostatni z nich), jednak nigdy nie ukazały się na płycie. Słuchając ich łatwo się domyślić dlaczego. Są jeszcze zbyt „rockowe”. Wszystkie trzy śmiało mogłyby zostać włączone do „The Bends” i nie odstawałyby od podstawowego albumu, są melodyjne, przebojowe. Ale przy tym bardzo tradycyjne. Stąd nie dziwi decyzja zespołu, żeby je pozostawić. Najzwyczajniej nie pasowałyby do płyty z 1997 roku. I to jest chyba najważniejsza lekcja płynąca z „OK Computer: OKNOTOK 1997 2017”. Jak cienka linia dzieli powstanie dzieła epokowego od po prostu kolejnego bardzo dobrego albumu. Historia mogła potoczyć się bowiem inaczej, Radiohead mógł skupić się na tych trzech nagraniach, wybrać utwory, które poświęcił na strony B singli do podstawowej listy ścieżek na „OK Computer” i jedynie po latach, jako ciekawostki wypuścić na przykład „Paranoid Android”, „Karma Police” czy „No Suprises”. Jak wtedy potoczyłaby się historia muzyki rockowej po 1997 roku? Tego nie da się stwierdzić jednoznacznie. Jedno jest pewne, „OK Computer” przetrwał dwadzieścia lat nienaruszony. Dostaliśmy ciekawą możliwość wejrzenia w archiwa i przekonania się jak niewiele brakowało, żeby brzmiał zupełnie inaczej. Niekoniecznie gorzej. Po prostu inaczej. Teraz każdy będzie sobie mógł odpowiedzieć na pytanie którą wersję woli.

 

 

Płyty CD/LP kupisz na voiceshop.pl