Wystarczy krótka przebieżka po recenzjach płyt Kanadyjczyków, by zorientować się, że większość krytyków nie przepada za nimi, a niektórzy nawet bardzo. Analitycy deprecjonują dokonania Nickelback, często karcąc ich za melodyjność i przebojowość. Wtedy myślę sobie: co do cholery? Teraz to są wady? Czyżby rosło nam zatwardziałe grono fanów muzyki konkretnej? A może była jakaś inwazja „free forms” z kosmosu i krytycy byli na nią najbardziej podatni? Cokolwiek ich dotknęło, mnie to na szczęście ominęło szerokim łukiem i miliony fanów i nabywców muzyki Nickelback też. Ufff!

Uwielbiam kiedy muzyka nie zapomina o melodii, kiedy jest chwytliwa i przebojowa. Dlatego tak bardzo lubię Nickelback. Jak do wielu innych odbiorców, dotarli do mnie poprzez mega hit „How You Remind Me”. Utwór ten stał się jednym z największych rockowych szlagierów lat zerowych XXI wieku, a album z którego pochodzi, „Silver Side Up”, sprzedał się w milionach egzemplarzy na całym świecie. W samym UK, osiągnął w tym roku nakład milion i 117 tysięcy sprzedanych kopii.
Krążek „Silver Side Up” był nie tylko przełomem komercyjnym,  wyznaczył też styl zespołu. Poprzednie dwa wydawnictwa, wyrosłe na poletkach post grunge'u, przesianego alternatywnie pachnącymi hard i heavy brzmieniami, pozostawiały jeszcze jakiś niedosyt. Wraz z przekroczeniem bariery roku 2000. coś się jednak zmieniło. Chad Kroeger, wokalista i główny kompozytor zespołu, postanowił pozbyć się zahamowań i uwolnił swój bogaty talent melodyczny. Tak powstała idealna mieszanka, poletko zakwitło, a zbiory trwają właściwie do dziś. Albumy „The Long Road” (2003), „All The Right Reasons” (2005), „Dark Horse” (2008) i „Here And Now” (2011), przynosiły nieodmiennie po około 40 minut świetnego, przebojowego i zadziornego grania, rozdzielonego na 11 kawałków. 5 z tych kawałków dotarło do pierwszej dziesiątki list przebojów w Ameryce lub na Wyspach („Someday”, „Photograph”, „Far Away”, „Rockstar” i „Gotta Be Somebody”). Płyty sprzedawały się w milionach egzemplarzy... i wtedy Kanadyjczykom zachciało się zmiany, urozmaicenia, powiewu nowości...
Tak powstał krążek „No Fixed Address” (2014). Rzeczywiście zmieniło się na nim wiele, zwłaszcza brzmieniowo. Stale chwytliwe utwory dostały oprawę elektroniczno-taneczną, co spowodowało nagłe podniesienie się linii brwi u fanów grupy i ogólne takie jakieś niedowierzanie. Na szczęście, poza dwoma, trzema wyjątkami, kompozycje potrafiły się obronić, a czas udowodnił, że eksperyment ów był zespołowi potrzebny.
Bo oto mamy nowy, dziewiąty album Nickelback, na którym wracają do swojej najlepszej formy. Album od samego początku, czyli od tytułowego numeru „Feed The Machine”, siarczyście, hardo "rockuje". Może nawet tak hardo, jak nigdy dotąd. Drugi numer, „Coin For the Ferryman”, jak to się zwykło mówić, "nie bierze jeńców". To znów ostre hard granie, z granatem w łapie, a zwleczką opuszczoną już dawno na ziemi. A potem leci kawałek trzeci, „Song on Fire”, i dostajemy klasyczny Nickel-hit; taką zgrabną power balladę, co to emocje rozdaje na lewo i prawo i w nastroju uniesienia pozostawia... Reszta płyty równie fajna; mocna, niespotykanie jak na Nickelback ostra i solidnie dociążona, jak zwykle kusząco melodyjna, dobra i równa.
Czasy mamy takie, że albumy muzyczne nie osiągają już mega nakładów. Nie będzie zapewne milionów sprzedanych kopii w przypadku „Feed The Machine”. Wydaje mi się natomiast, że nikt kto zdecyduje się takową kopię nabyć, nie powinien czuć się zawiedziony.

 

 

 

Płytę CD kupisz na voiceshop.pl