Neil Young, obecnie już 72-latek, to moim zdaniem jedna z najbardziej niedocenianych w Polsce legend muzyki rockowej, chociaż jego wkład w historię muzyki XX i XXI jest nieoceniony. Dyskografia z solowego okresu kariery, licząc zarówno albumy studyjne jak i koncertowe, to około 50 wydawnictw, na których jest cała paleta rockowych i popowych barw oraz dźwięków - hard rock, noise rock, synth-pop, blues, rockabilly, folk, country, psychodelia… Każdy fan rocka powinien przynajmniej znać „Everybody Knows This Is Nowhere” (1969), „After The Gold Rush” (1970), „Harvest” (1972), „Rust Never Sleeps” (1979), „Freedom” (1989), „Ragged Glory” (1990) czy nagrany na żywo „Weld” (1991). To wszystko dzieła wybitne, a wiele z pozostałych albumów artysty zasługuje na noty przynajmniej dobre i zawiera wiele wspaniałej muzyki. Do tego płyty nagrane pod koniec lat 60-tych i na początku 70-tych ubiegłego wieku z Buffalo Springfield oraz Crosby, Stills, Nash and Young, których był członkiem, mające także trwałe miejsce w annałach rocka. Dodajmy jeszcze wielki wpływ na „grunge’owy” renesans muzyki rockowej na początku lat 90-tych, kiedy to na twórczość Younga powoływał się niemal każdy zespół z Seattle i okolic. A jednak dokonania Neila Younga pozostają w kraju nad Wisłą szerzej nieznane. Nowa płyta na pewno tego nie zmieni, ale…

„I’m a Canadian, by the way, and I love the U.S.A/You’re already great/You’re the promised land, the helping hand/No wall, no hate, no fascist U.S.A." - takim wyznaniem zaczyna się otwierający ten album singlowy utwór „Already Great”. Wyznaniem Kanadyjczyka, bo z tego kraju pochodzi Young, w wielkość Ameryki – ziemi obiecanej, bez sztucznych murów, bez nienawiści, bez faszyzmu. Ten utwór to odpowiedź na hasło wyborcze Donalda Trumpa „Make America Great Again”. Według Younga Ameryka jest już wspaniała bez jego polityki, układów i podziałów. "My Blood Is Boiling." – Neil jest naprawdę nieźle wkurzony w wykrzyczanym i wyskandowanym kolejnym na płycie „Fly By Night Deal”. I muzyka świetnie to podkreśla. Jest pełna gwałtowności, dysonansowych, przesterowanych gitar i łomoczącej perkusji. Neilowi towarzyszy zespół Promise of the Real, prowadzony przez Lukasa i Micaha Nelsonów, synów legendy muzyki country Willie Nelsona. Young współpracował już z tymi muzykami w 2015 roku, nagrywając płytę „The Monsanto Years”, w warstwie tekstowej także mocno zaangażowaną politycznie. I muzycznie również stylistyka jest podobna na obu wydawnictwach. W większości piosenek oscyluje wokół tradycyjnego folk/country rocka. Tak brzmią promujące płytę „Already Great” i „Almost Always” oraz „Change Of Heart” czy „Stand Tall”. Ale na „The Visitor” mamy też urozmaicenia w postaci hymnowego „Children Of Destiny”, nagranego z towarzyszeniem orkiestry Chrisa Waldena, z którą Young współpracował już na płycie „Storytone” w 2014, czy latynosko pobrzmiewającego, epickiego, ponad 8-minutowego „Carnival”. Są dwa krótkie bluesy „Diggin’ a Hole” i „When Bad Got Good”. Na końcu albumu zaś, umieszczono znowu epicki utwór, trwający „całą wieczność”, odpowiednio zatytułowany „Forever”, z delikatnymi gitarami i bongosami, przywołujący najwspanialsze country folkowe „cudeńka” Younga z lat 70-tych. To nie jest wielki album, ale nagrany jest przez Wielkiego Artystę i zawiera wystarczająco dużo dobrych dźwięków, aby nie przejść obok niego obojętnie.

 

 

Płytę 2LP kupisz na voiceshop.pl