Sony Music wypuściła w tym roku na rynek reedycje ośmiu albumów klasyków brytyjskiego metalu – harleyowców z Judas Priest. Poczynając od trzeciej w dyskografii grupy płyty są to w kolejności: „Sin After Sin” (1977), „Stained Class” (1978), „Killing Machine” (1978), „Unleashed In The East – Live In Japan” (1979), „British Steel” (1980), „Point Of Entry” (1981), „Screaming For Vengeance” (1982) oraz „Turbo” (1986). Ta ostatnia z dopiskiem 30, gdyż to edycja specjalna przygotowana na trzydziestą rocznicę wydania albumu. Brak wydanej gdzieś pomiędzy „Defenders Of The Faith” (1984). Na wszystkich wznowionych wydawnictwach śpiewa Rob Halford a grają K.K. Downing i Glenn Tipton na gitarach oraz Ian Hill na basie. Rotacja występuje tylko za perkusją. Na „Sin After Sin” bębni wynajęty specjalnie na sesję Simon Phillips, na trzech kolejnych albumach Les Binks, który był już stałym członkiem załogi, natomiast od 1979 r. w grupie pojawił się za Binksa Dave Holland.
Zespół uznawany jest za jeden z najważniejszych w kulturze heavy metalu. Bez niego nie byłoby z pewnością nurtu New Wave Of British Heavy Metal, a więc także hołubionych nad Wisłą „Ajronów”, oraz wielkiej thrashowej amerykańskiej czwórki: Anthraxu, Megadeth, Metalliki i pieszczocha fanów ciężkiego grania - Slayera. I już tylko za to Judasom należy się pomnik. Pomnik jeźdźca dosiadającego spienionego Lucyfera. Bo w muzyce Judas Priest jest pęd, galopada, dzikość, gnanie na łeb na szyję, wiatr we włosach, adrenalina, moc, siła, nieokiełznana energia, bunt, ryzyko i bramy piekieł na horyzoncie. Zespół gra prawie cały czas do przodu (balladę „Last Rose Of Summer z albumu „Sin After Sin” nagrali pewnie dla zmylenia przeciwnika), dwie gitary prowadzące są ostre jak brzytwa, bas dudni patataj patataj, bębny łomoczą jak tamtamy, no szturm dźwięków generalnie, nie ma przeproś panowie jeńców nie biorą. Halford raz wrzeszczy histerycznym falsetem niczym oszalała sopranistka z opery, to znów śpiewa czystym głosem, proporcje są tu świetnie wyważone. Partie wokalne ma dość karkołomne, facet dysponuje naprawdę bardzo dużą skalą głosu. Do tego odpowiedni image: ćwieki, skóry, łańcuchy, kajdanki i Harley Davidson na scenie. I zła sława ciągnąca się za zespołem od połowy lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy to muzycy zostali absurdalnie oskarżeni przez rodziców dwóch fanów zespołu o namawianie w tekstach utworów do popełnienia samobójstwa. Taki przekaz podprogowy. Jeden z nastolatków mieszkających w Reno w stanie Nevada próby samobójczej nie przeżył, drugi w wyniku odniesionych obrażeń i powikłań zmarł po trzech latach, a sam zespół został przez sąd uniewinniony po kilkuletnim procesie dopiero w 1990 r. I pomyśleć, że panowie zaczynali na początku lat 70-tych w angielskim Birmingham od grania blues rocka, nazwę zaczerpnęli od utworu Boba Dylana „The Ballad Of Frankie Lee And Judas Priest”, Halford występował w hippisowskim wdzianku, a terminu „heavy metal” nie było jeszcze wtedy na świecie.
Judas Priest to esencja stylu, chemicznie czysty metal. Prawdziwy fan wszystkie płyty nagrane w kanonicznym składzie z Halfordem, Downingiem, Tiptonem i Hillem mieć powinien. Pozostałym wielbicielom ciężkiego łojenia z przekonaniem polecam „British Steel” oraz „Screaming For Vengeance”. Tu zespół wspiął się na wyżyny.

 

 

Płyty LP kupisz na voiceshop.pl