Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Haim w głowie dość niespodziewanie pojawiła mi się pełna życia, roztańczona scena ze „Skrzypka na dachu”, ta w karczmie się dziejąca, gdy dogadywane jest zamążpójście jednej z córek Tewje i wznoszony jest nieustannie toast: „Za Życie! - L'chaim!”. Dogoniłem mój mózg, gdy dowiedziałem się, że trzy urocze, powabne siostry Haim to rzeczywiście, w tłumaczeniu z hebrajskiego, siostry Życie. Wszystko zaś zapadło na miejsca, gdy stwierdziłem, przypadkowo mijając lustro i zerkając w nie, podczas słuchania ich muzyki, że gęba mi się jakoś dziwnie cieszy, jedna z nóg dziarsko potupuje i w ogóle z oczu mi tak jakoś milej patrzy. Tak oto odkryłem, że piosenki Haim powodują u mnie stan „beztroskiej radochy”. Tu, w zasadzie, mógłbym zakończyć, polecając spotkanie z twórczością Haim na ich dwu płytach, „Days Are Gone”, z 2013 roku oraz „Something To Tell You”, sprzed kilku tygodni, każdemu kto radosne stany lubi, jednakże dodam jeszcze parę faktów, ot tak, dla uwierzytelnienia mojego polecenia.

Po pierwsze, piosenki sióstr Haim (czas ujawnić imiona: Alana, Danielle, Este) są bardzo lekkostrawne. Udało się to osiągnąć pomimo mocnego zrytmizowania, z dziarsko zaznaczonymi partiami perkusyjnymi i przy bardzo oszczędnym często aranżu... a może właśnie dlatego? Bo to przecież ów skromny aranż pozwala dostrzec wykwintną zwiewność melodii, zwrócić uwagę na precyzyjność partii wokalnych, odebrać wszystkie uczucia głosem przekazywne; natomiast perkusywna rytmika, dodam, niezwykle naturalnie brzmiąca, niewymuszona, daje ten cudowny efekt tupiącej radośnie nogi.
Po drugie, brzmienie piosenek sióstr Haim, jest tak imponująco czyste, wypolerowane, przejrzyste, wreszcie, znów użyję tego słowa, zwiewne, iż czasem zdaje mi się, że słuchając ich unoszę się w powietrzu. Podziw mój tym większy, iż nie łatwo mnie unieść, należę bowiem do osobników wagi ciężkiej. Podziękowania za możliwość osiągania takowego lotnego stanu kieruję nie tylko do Este, Alany i Danielle, lecz i do współproducenta płyt zespołu, Ariela Rechtshaida. Naprawdę czysta radocha!
No i po trzecie: Któż nie lubi Fleetwood Mac? Takiego przyjaznego, łagodnego dla uszu, zapadającego w pamięć; takiego z „Rumours”, „Mirage”, czy „Tango in the Night”. Dokonania sióstr Haim mają z tymi tytułami wiele wspólnego. Czerpią ze wzorców na nich stworzonych. Słychać to wyraźnie w motywach instrumentalnych podkładów, przede wszystkim zaś w liniach melodycznych wokali i w głosie Danielle, barwą bliskim Christine McVie, manierą natomiast chyba bardziej w kierunku Stevie Nicks zmierzającym. Najdziwniejsze, że przy tym całym niezaprzeczalnym wpatrzeniu we Fleetwood Mac, Haim ma w sobie mnóstwo oryginalności, a każde pojawiające się skojarzenie z kompanią Micka Fleetwooda jedynie cieszy.
Z premedytacją nie wyróżniłem tu któregoś z dwu albumów Haim, choć oficjalnie miałem się skupić na tym nowym. Powód jest taki, iż oba uważam za bardzo podobne do siebie (jednocześnie podkreślam – to nie wada) i trudno mi opisywać jeden w oderwaniu od drugiego. Oba to trzy kwadranse doskonałych, przemyślanych twórczo pop piosenek, zrobionych dla przyjemności zarówno twórcy jak i odbiorcy; i nie jestem w stanie zganić żadnej z nich, wyróżnić żadnej konkretnej także nie chcę; sprawiają mi ogromną przyjemnośc wszystkie 22. Słuchając ich myślę sobie, że życie może jednak jest piękne... może i tak piękne jak same siostry Życie. Zwłaszcza Danielle, Este i Alana.

 

 

 

Płyty CD/LP kupisz na voiceshop.pl