Oficjalnie, w ubiegłym grudniu, stuknęło im 20 lat. W tym czasie udało im się zdobyć ładny kawałek metalowego świata, wydając płyty dla dwu z najważniejszych wytwórni specjalizujących się w takowej muzyce, Earache i Nuclear Blast (z tą drugą współpracują owocnie aż do teraz) oraz koncertując wzdłuż i wszerz globu. Są cenieni i podziwiani przez fanów i praktykującą twórczo brać metalową. Dla wielu są wzorem i inspiracją. Ścięci. Decapitated.

Grupa powstała w Krośnie z inicjatywy braci Kiełtyka; gitarzysty Wacława „Vogga” i perkusisty Witolda „Vitka”. Obaj z wykształceniem muzycznym, pierwszy w klasie akordeonu, drugi fortepianu, ostatecznie obrawszy inne instrumentarium, postanowili wzbogacić fonotekę technicznego death metalu o trzy wykwintne dzieła: „Winds of Creation” (2000), „Nihility” (2002) i „The Negation” (2004). Dopomogli im w tym Wojciech „Sauron” Wąsowicz na wokalach oraz Marcin „Martin” Rygiel na basie. Pierwsze zadanie zostało wykonane. Nadszedł czas na nowe wyzwania. Tak oto muzyka Decapitated zaczęła się rozwijać, inkorporując groove metalowe elementy, a nawet nieco prog podejścia, zwłaszcza w solowych popisach Vogga. Zmienił się także wokalista. Adrian „Covan” Kowanek growlował bardziej w stronę krzyku i w ten sposób skompletował listę stylistycznych nowinek w muzyce zespołu. Wszystko to udokumentował album „Organic Hallucinosis” z 2006 roku. Było dobrze. I wtedy stało się coś okropnego...
29 października 2007 roku, w drodze na koncert w Białorusi, samochód zespołu zderzył się z ciężarówką. Poważne obrażenia odnieśli Covan i Vitek. Vitek nie przeżył. Zmarł w szpitalu w Rosji, 1 listopada, w wieku 23 lat. Witold Kiełtyka był piekielnie zdolnym perkusistą. Wielu mówiło, że był wręcz wirtuozem bębnów. Był... i przez jakiś czas wydawało się, że cała grupa będzię już tylko istniała w czasie przeszłym. Na szczęście na wiosnę 2009 roku Vogg oficjalnie reaktywował zespół w nowym składzie, którego jedynym stałym członkiem oprócz niego, stał się trzeci wokalista Decapitated, Rafał „Rasta” Piotrowski.
Piąty album studyjny, „Carnival is Forever”, ukazał się w lipcu 2011 roku, już dla Nuclear Blast, i stanowczo rozwijał styl z „Organic Hallucinosis”, wydany trzy lata później, „Blood Mantra”, również trzymał się tego kursu. A nie musiało tak być. Dokładnie cztery lata od śmierci Vitka, 1 listopada 2011 roku, muzycy Decapitated byli na pokładzie Boeinga 767 z Newark do Warszawy. Podwozie zaszwankowało. Było lądowanie „na brzuchu”. Na szczęście, był też kapitan Wrona.
Wreszcie mamy lipiec 2017 i jest już z nami najnowsze dokonanie Decapitated, „Anticult”. I czegóż ono dowodzi? Otóż dowodzi, iż w 38 minutach można zawrzeć perfekcyjny death/groove/technical album; dowodzi, że w ramach zdawałoby się zużytego już nieco stylu można wciąż tworzyć interesujące kompozycje pełne zwinnych i wcale nie tak oczywistych gitarowych solówek; dowodzi też, że polscy muzycy grający ekstremalny metal wiedzą dokładnie jak go idealnie wyprodukować – pod tym względem Decapitated to poziom Vadera i Behemotha. Dodatkowo, „Anticult” wpada w ucho. Naprawdę, jak na tego typu granie, to bardzo „przebojowa” i łatwo przyswajalna płyta. Powtarzam. Jak na tego typu granie. I dodaję. To jej zdecydowana zaleta. Stwierdziwszy to, pozostaje mi już chyba tylko zacytować tytuł ostatniego z niej kawałka: „Amen”.

 

 

Płyty CD/LP kupisz na voiceshop.pl