Wszystkie odcienie otulającej jesienno - zimowej szarości. Tak ogólnie można opisać wczorajszy koncert. Urzekający i bardzo klimatyczny. Po raz kolejny usłyszałem w naszym kraju Grega Gonzaleza ze swoim zespołem, lecz pierwszy raz po wydaniu właściwej płyty długogrającej. Grudniowa wizyta jest etapem długiej globalnej trasy koncertowej promującej płytę. Muzyka na niej zawarta oczarowała miliony słuchaczy na całym świecie. W czasach lokalnych konfliktów zbrojnych, kryzysu imigracyjnego, incydentów nacjonalistycznych, nieprzewidywalności ekonomiczno-gospodarczej - wiele osób, szczególnie młodych potrzebuje choćby chwilowego emocjonalnego znieczulenia, muzycznej nirwany, eskapistycznego oderwania się od wszechogarniającego poczucia zagrożenia we współczesnym świecie. Oni nie potrzebują wielkich grungowych rewolucji początku lat 90-tych, samouwielbienia - jakże zgrabnej popowej muzyki lat 80-tych, świeżych punkowo - alternatywnych idei. Potrzebują wyciszenia, spokojnych kojąco - sennych melodii pozwalających marzyć. Wiele takich osób było na wczorajszym koncercie. Na czele składu wokalista i gitarzysta Greg Gonzalez, Phillip Tubis na klawiszach, Randy Miller - bass oraz Jake Tomsky za minimalistycznym zestawem perkusyjnym. Magazyn ,,Rolling Stone” wymienił tą grupę wśród 10 najbardziej obiecujących zespołów ostatnich lat. Zaczęli w swoim charakterystycznym dla siebie, nieśpiesznym stylu. Prosty jednostajny rytm basu i perkusji, pojedyńcze syntezatorowe plamy dźwięku, nad którymi pojawia się rozwibrowana gitara i kojący lekko androgeniczny śpiew Gonzaleza. ,,Pamiętam moment, w którym pierwszy raz dostrzegłem, że też mnie lubisz. Siedzieliśmy w restauracji czekając na rachunek. Uprawialiśmy miłość bez zobowiązań wcześniej tego dnia. Ale czułem, że coś się zmieniło w sposobie w jaki na mnie wtedy patrzyłaś”. To utwór ,,K.”, manifest złamanego serca, idealne rozpoczęcie nieziemsko pięknego koncertu. Zanurzenie w ciepły, rozgrzany szary popiół. Bez nawały myśli kłębiących się w głowie, bez współczesnego napiętego grafika zadań do wykonania ,, na wczoraj”. Liczy się tylko TU I TERAZ. Nic w tej chwili nie musisz, nikt niczego od ciebie nie wymaga. Wystarczy, że przymkniesz lekko oczy, wprowadzisz swe ciało w powolny rytm, dasz się ponieść tej muzyce i wreszcie całkowicie się zrelaksujesz. Na tym polega niepowtarzalność muzyki Cigarettes After Sex. To tajemnica ogromnego sukcesu grupy. Nie chodzi o muzyczną wirtuozerię, zaagażowane społecznie teksty czy gwiazdorskie pozy. Ten zespół to czwórka najnormalniejszych w w świecie chłopaków, którzy grają to co lubią i w czym są prawdziwymi mistrzami - niesamowitego i niepowtarzalnego nastroju. Kolejno zabrzmiała ,,Apocalypse”: ’’Zeskoczyłaś z rozpadających się mostów patrząc jak panorama miasta rozpada się w pył. Filmujesz z góry śmigłowce rozbijające się o ocean. Masz muzykę w sobie kochanie, powiedz mi czemu zostałaś zamknięta tutaj na zawsze i po prostu nie możesz się pożegnać.” Chwilowo najstrój rozbijają techniczne problemy z dzwiękiem. 15 minut przerwy. Wracamy - zanurzająć się ponownie w niepowtarzalnych dźwiękach, to ,,John Wayne”: ,,On ma tak wiele w swoim sercu, ale nie wie co ma zrobić. On zawsze czuje się oszukiwany, rozpowiada swoje sekrety, których nie umie zatrzymać dla siebie. Jest w tym jedynie po złamane serce. Z mojego punktu widzenia: Skarbie on musi być szalony. Żyje jakby był Johnem Waynem. Stawia czoła światu i goni za dziewczyną. Skarbie, on musi być szalony". Tak. To muzyka dla szaleńców wierzących w uczucia. A tych, którym na wczorajszy koncert udało się zdobyć bilety było wielu.

Recenzja klienta czytelnika fanalog.pl, który chciał zachować anonimowość.

 

Płytę LP kupisz na voiceshop.pl