Swans czy to ostatnia kapela na świecie grająca całkowicie bezkompromisowy rock? „Glowin Man” jest zamknięciem trylogii na którą składają się: „The Seer” (2012) oraz “To Be Kind” (2016). Na wymienionych płytach formacja osiągnęła mistrzostwo w dziedzinie eksperymentalnego, noisowego, alternatywnego grania i zasłużenie została obsypana przez muzycznych krytyków wyróżnieniami na najlepsze płyty .

Od razu ostrzegam - to muzyka bardzo wymagająca, trudna, drażniąca. Gitarowa apokalipsa i szaleństwo, dla jednych piekło, dla innych niebo. Muzycy na “Glowin Man” poszli na całość – album jest dwupłytowy i trwa prawie 120 minut, ktoś kto to przetrwa, może o sobie śmiało mówić, że jest "prawdziwym twardzielem";) Ale bez żartów, nie mamy do czynienia z bezsensownym hałasem, tylko z przemyślanym… hałasem. “Cloud Of Unknowing” kojarzy mi się z twórczością niemieckich zespołów krautrockowych z naciskiem na Can. Swans jednak nie stosuje instrumentów elektronicznych, ani nie eksponuje nadmiernie rytmiki. Głównym atutem grupy jest niezwykła sonorystyka, zabawa brzmieniem i klimatem. Długaśne kompozycje (średnia to 15 minut!) nie nudzą ponieważ zespół odpowiednio dawkuje napięcie; przyśpiesza i spowalnia tempa. Wokalista i lider Michael Gira śpiewa jak nieszczęśnik który zgubił się w Piramidzie Cheopsa i właśnie dogorywa… Pomieszało mu się w głowie stąd ten tekst o zombie, potworach, myciu skóry, dzwonieniu i innych odlotach. Można to różnie interpretować, na pewno taka dawka dziwactw nie pozostawia słuchacza obojętnym. Fani Pink Floyd także powinni tego posłuchać, być może skład który nagrał w 1968 roku “Set The Controls For The Heart Of The Sun” dzisiaj wykonywałby podobną muzykę do Swans? Następny numer “The World Looks Red/The World Looks Black” utrzymany jest w podobnym klimacie, ale z odrobinę mniejszymi odlotami. “People Like Us” to tylko 4 i pół minuty post - rockowego grania. “Frankie M” kolejny apokaliptyczny utwór przywołuje na myśl wczesne dokonania Tangerine Dream przefiltrowane przez gitarową ścianę dźwięku. Druga połowa tej kompozycji jest bardziej przystępna, pojawia się tam nawet dość tradycyjna linia melodyczna. “When Will I Return” przynosi całkowitą odmianę. Wokalnie udziela się tutaj Jennifer Gira, żona lidera formacji. Zwarta forma, wyeksponowana perkusja, akustyczny wstęp tworzą bardzo dobry, alternatywny utwór. "The Glowin Man” to najdłuższy, prawie pół godzinny piekielny lot, dla mnie dźwiękowy odpowiednik szalonych wizji wykreowanych przez malarza Hieronymusa Boscha, z zaznaczeniem, że jego obrazy pozbawiono kolorów, zostawiając tylko czern i biel. W tym numerze miesza się space rock, new wave, industrial, noise w odlotowy, muzyczny kocioł. Po takim szalonym, muzycznym tripie musi nastąpić wyciszenie, jakieś podsumowanie. “Finally, Peace” najbardziej konwencjonalna piosenka w stylu wytwórni 4AD idealnie zamyka album. Harmonie wokalne w tej piosence są doskonałe, CZYŻBY TAK MIAŁY BRZMIEĆ NASTĘPNE PŁYTY FORMACJI?

Swans to muzyczni weterani którzy zaskakują nieprawdopodobną wprost witalnością, pomysłami, artyzmem, brakiem ograniczeń. Pogłoski mówią, że to ostatnia płyta utrzymana w takiej  konwencji. Jeżeli jest to prawda “The Glowing Man” godnie zamyka piekielną twórczość grupy. CHAPEAU BAS Panie Gaira!

 

 

 

Płyte kupisz na: VOICESHOP.PL

 

Bogusław Zajączkowski