Najpierw pomyślałem sobie, że to jakaś pomyłka – płyta nie może nazywać się „ Santana IV”, bo to wyznaczałoby jej datę wydania na 1972 rok, a przecież żyjemy w XXI wieku! Podróże w czasie nie są możliwe, ale chyba nie dotyczy to muzyki. W 1971 roku Santana wydał płytę „Santana III”. Zamykała ona pierwszy okres twórczości mistrza gitary, na który, oprócz wspomnianego albumu, składały się jeszcze: „Santana” i „Abraxas”. Ta swoista trylogia wyniosła Carlosa na wyżyny popularności, muzycznej oryginalności, wyznaczyła nowe ścieżki rozwoju dla szeroko pojmowanego rocka. Potem, na płytach „Carlos Santana And Buddy Miles! Live!”, „Caravanserai”, „Love Devotion Surrender”, „Welcome” Santana poszedł w bardziej jazz-rockowe klimaty. W tym „eksperymentalnym”, niezwykle twórczym okresie, jego współpracownicy z pierwszych albumów zaczęli się wykruszać, a publiczność zmniejszać. W drugiej połowie lat 70. Carlos wrócił do prostszego, bardziej przebojowego repertuaru, ale nie potrafił już stworzyć tak ekscytującej muzyki, jak na początku kariery. Przez wiele lat pozostawał w cieniu, płyty wydawał regularnie, ale trafiały tylko do najwierniejszych fanów, którzy kupowali je raczej z sentymentu, niż dla wrażeń artystycznych. Przełom nastąpił w 1999 roku po wydaniu płyty „Supernatural”, gdzie Mistrz, wspomagany przez młodych, modnych wykonawców, stworzył chwytliwy repertuar, który trafił na listy przebojów. Od tamtej pory Santana starał się na swoich albumach łączyć przebojowość z wyrafinowaniem – nie zawsze się to udawało. W końcu wpadł na zwariowany pomysł powrotu do składu z okresu „Santana III” i nagrania bezkompromisowej płyty retro. W składzie „IV” znaleźli się jego starzy współpracownicy: Neal Schon – gitara, Gregg Rolie – instrumenty klawiszowe i wokal, Michael Shrieve – perkusja, Michael Carabello – instrumenty perkusyjne. Zabrakło jedynie zmarłego basisty Davida Browna, którego zastąpił Benny Rietveld i kongisty Jose Chepito Areasa wymienionego na Karla Perazzo.

Wyróżnia się już okładka, nawiązująca do pierwszej płyty Santany. Muzyka to spełnienie marzeń chyba wszystkich starych fanów Mistrza. Proporcje między gitarowymi, rockowymi popisami, bluesem, skomplikowanymi, latynoskimi rytmami, jazz - rockową swobodą, dynamiką i subtelnością są prawie tak idealne, jak na wspomnianych trzech pierwszych płytach grupy. Dynamiczne „Yambu” i „Shake It” na początku albumu pokazują, że nie będzie taryfy ulgowej, pójścia na kompromisy. Powyższe, ekspresyjne utwory można by nazwać hard-rockowymi, gdyby nie ich bardziej skomplikowana rytmika, latynoskie harmonie wokalne, otwarta forma; to po prostu Santana w pigułce – jego niepodrabialny, oryginalny styl. Następny w kolejce, prostszy „Anywhere You Want To Go” to niby zwykła piosenka, jakich nagrał wiele, ale nawet ona jest szlachetniejsza od tego, czym nas raczył przez ostatnich kilkadziesiąt lat. W środku numeru kapitalne popisy dwóch gitarzystów: Santana bardziej subtelny, Neal Schon dynamiczny. Ich gitarowe pojedynki niesamowicie ze sobą współgrają, uzupełniają się, tworząc doskonałą, zagęszczoną fakturę. A to tylko wstęp do rewelacyjnego, instrumentalnego „Fillmore East” będącego swoistym hołdem dla legendarnej koncertowej sali, ważnej dla kariery Santany i innych hippisowskich zespołów z Zachodniego Wybrzeża USA. Utwór brzmi jak skrzyżowanie „Dark Star” Gratefull Dead z klimatem „Caravanserai” – dla mnie muzyczna bomba. Potem na płycie kolejno dynamiczne utwory przeplatają się bardziej lirycznymi, wszystkie maksymalnie urozmaicone, pomysłowe, np.: „Freedom In Your Mind” z Ronaldem Isley’em, „Caminando”, „Blues Magic/Echizo” - przywołujący twórczość wczesnego Fleetwood Mac, „Forgivness”.

Muzyka Santany przypomina trochę katedry Gaudiego – solidny temat, a potem dorabianie do niego niebanalnych, zaskakujących, niekończących się ozdobników, dokładanie kolejnych barwnych elementów. Malkontenci mogą powiedzieć, że to już było, że Mistrz się powtarza, że tylko odgrzewa stare danie. Może i mają rację, ale Santana robi to z takim wdziękiem, że trudno mu się oprzeć. I jeszcze kwestia wydawnicza. Prawie wszystkie płyty Santany wydała firma Columbia, przejęta potem przez Sony Music. Najnowszą Carlos wydał we własnym labelu i to prawdopodobnie pozwoliło mu na nagranie takiej muzyki, jaką otrzymaliśmy. Nie musiał iść na żadne kompromisy, zapłacił jednak za to cenę gorszej dystrybucji i promocji. Mało który muzyk na świecie z takim dorobkiem odważyłby się na tak radykalny gest. Świetna płyta legendarnego muzyka.

 

 

Płytę kupisz na: VOICESHOP.PL

 

Bogusław Zajączkowski