Historię jazzu od 100 lat piszą tysiące artystów: wspaniałych muzyków, którzy zachwycającą sztukę improwizacji doprowadzili na artystyczne szczyty. Ich wspaniałe kariery, splendor i wieczna chwała byłyby niemożliwe bez działalności dosłownie kilku osób. Należą do nich: Norman Granz - producent muzyczny, impresario, twórca labelu Verve, Alfred Lion i Francis Wolff - założyciele firmy Blue Note, Kathleen Annie Pannonica de Koenigswarter, baronowa jazzu, pochodząca z najbogatszej w historii ludzkości rodziny Rothschildów, przez długi okres hojnie wspomagała muzyków jazzowych, producenci: Creed Taylor, Orrin Keepnews, Teo Macero i Rudy Van Gelder. To właśnie oni otwierali drzwi „wielkiego świata” dla przeważnie czarnoskórych muzyków jazzowych. Pamiętajmy przy tym o nieprawdopodobnym wręcz rasizmie panującym w USA do lat 70. XX wieku, który bardzo utrudniał pracę promotorom nowej sztuki improwizowanej.

Stanąłem przy swojej półce z płytami, zamykam oczy wyciągam kolejne albumy (jest ich kilkaset) a na nich przeważnie pojawia się opis: „recorded by Rudy Van Gelder at Van Gelder Studio…”. Kim była ta niezwykła postać, tak ważna dla historii jazzu?

Rudy Van Gelder (2 listopada 1924 - 25 sierpnia 2016), urodził się w Jersey City, New Jersey. Jego zainteresowanie do mikrofonów i elektroniki można przypisać młodzieńczemu entuzjazmu dla krótkofalarstwa. Jego wuj, który był perkusistą w zespole Teda Lewisa zaszczepił mu miłość do jazzu. Van Gelder jednak zdobył praktyczny fach okulisty, po ukończeniu studiów miał praktykę optometryczną w Teaneck, New Jersey. Od 1946 roku, Rudy organizuje w domu swoich rodziców w Hackensack sesje nagraniowe. Służy temu pomieszczenie przerobione na muzyczne studio. Wieczorami rejestrował lokalnych muzyków, jednak inżynierem dźwięku w pełnym wymiarze godzin został w 1959 roku. W 1953 roku odkrywa go założyciel Blue Note Alfred Lion, który wraz z fotografem Francisem Wolffem razem stworzą legendarny label jazzowy. Wytwórnia wydaje jedne z najbardziej nowatorskich, niezwykłych płyt w historii jazzu. To co je wyróżnia to niesamowita szata graficzna – monochromatyczne kolory, fantastyczna czcionka liter, odpowiednia numeracja, przede wszystkim kapitalna muzyka która została zarejestrowana w sposób perfekcyjny. Van Gelder nadawał każdemu instrumentowi bogaty, naturalny ton, rozdzielał je tak by każdy z nich był słyszalny, a zarazem składały się na spójną całość. Dodatkowo potrafił pozytywnie wpływać mimo swojej skromnej natury na muzyków, którzy wznosili się na szczyty swoich umiejętności.

W 1959 rozpoczyna działalność nowe studio Rudy’ego umiejscowione w Englewood Cliffs New Jersey, którego konstrukcja inspirowana została twórczością Franka Lloyda Wrighta i przypominała sklepienie katedry z wysokim sufitem i doskonałą akustyką. Maniacy muzycznych zagadek mogą porównywać brzmienie płyt nagrywanych w okresie studia Hackensack (1946 – 1959) i Englewood Cliffs (1959 – 2016). A materiał badawczy jest przeogromny. Inżynier dźwięku zarejestrował dosłownie tysiące sesji największych legend jazzu w historii, m.in.: Johna Coltrane’a, Milesa Davisa, Theloniousa Monka, Wayne’a Shortera, Sonny Rollinsa, Arta Blakey’a, Joe Hendersona, Granta Greena, Freddie Hubbarda, Horace’a Silvera, Jimmy”ego Smitha, Lee Morgana, Hanka Mobley’a, Bobby’ego Hutchersona, Jackie McLeana, Erica Dolphy’ego, Ornette Colemana, Dextera Gordona itd. Praktycznie każda sesja nagrana przez Rudy Van Geldera do 1967 jest kamieniem milowym w historii jazzu.

Studio Englewood Cliffs:

Tajniki pracy mistrza dźwięku kapitalnie i z humorem opisał Herbie Hancock w swojej autobiografii „Harbie Hancock”, wyd. Sine Qua Non 2015 rok:

„Nagraliśmy „Takkin” Off” w studio Rudy’ego van Geldera w Englewood Cliffs W New Jersey. Przez wiele lat Rudy był optometrystą za dnia i dźwiękowcem po godzinach, ale pod koniec lat pięćdziesiątych zbudował fantastyczne studio nagraniowe i od tego czasu zajmował się już tylko muzyką. W większości studiów były płaskie sufity, ale ten u Rudy’ego przypominał sklepienie katedry. Była tam nie tylko świetna akustyka; całą przestrzeń zaprojektowano tak, by muzycy mogli grać w półkolu; nie musieli przebywać w oddzielnych pomieszczeniach ani ustawiać między sobą wysokich przegród. Ten Unikalny projekt umożliwiał grającym słyszenie siebie nawzajem, a Rudy’emu kontrolowanie nagrań wszystkich muzyków, mimo że przebywali w jednym pokoju.

Rudy stał się sławny nie tylko dzięki swojej skrupulatności, ale i sprzętowi, z którego korzystał. Zanim wszedł do studia, zakładał białe rękawiczki, a muzycy dobrze wiedzieli, że nie powinni niczego dotykać. Jeżeli zachodziła potrzeba przesunięcia czegokolwiek, nawet statywu mikrofonu, należało poprosić o to Rudy’ego, bo jeśli zrobiłbyś to sam, przerwałby nagranie i mamrocząc coś pod nosem wyszedłby ze swojej kabiny. Chociaż Rudy nie był zbyt dużym facetem, wzbudzał respekt i jeśli czegoś dotknąłeś, przybierał minę zabójcy. Ostatecznie nagrałem z Rudym wiele płyt i stał się on dla mnie kimś w rodzaju członka rodziny. Wiele lat po tej sesji zjawiłem się w studio i okazało się, że muszę podpiąć słuchawki do innego wyjścia.

- Rudy muszę przepiąć słuchawki. Obok mnie jest wejście na kabel – oznajmiłem. Odpowiedział:

- Śmiało, przepinaj – pozostali muzycy w pomieszczeniu popatrzyli na mnie zaszokowani.

Poczułem się tak, jakbym umarł i trafił do nieba – Rudy powiedział, że mogę sam przepiąć słuchawki! Popatrzyłem na niego, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. W tamtej chwili wiedziałem, że jestem u siebie”.

W 1965 roku Blue Note przestał działać jako samoistny label, jest to także umowna data schodzenia jazzu z pierwszego planu na rzecz muzyki rockowej i soulowej. Rudy produkuje w późniejszych latach płyty m.in. dla wytwórni CTI, specjalizującej się w bardziej komercyjnej odmianie jazzu. Od 1999 roku, czyli w erze płyt CD i cyfryzacji przygotował kilkaset remasterów swoich starych dokonań, które znalazły się w serii „Rudy Van Gelder Edition” – Blue Note i Rudy Van Gelder Remasters’ – Prestige. Zresztą podział na te labele jest umowny, ponieważ po wielu latach konsolidacji przemysłu płytowego, znalazły się one razem pod jednym wydawcą – Universal Music (zresztą podobnie jak Verve i Riverside). Płyty nagrane przez Rudy van Geldera są według mnie najbardziej „blue” ze wszystkich płyt jazzowych. Oznacza to, że idealnie udało mu się wychwycić tę melancholijną nutę jazzu a zarazem jego witalność, buntowniczą siłę i artyzm. A ten smutek brał się chyba z doświadczeń czarnej społeczności, którą Rudy mimo tego iż był biały doskonale rozumiał.

Które płyty szczególnie mi utkwiły w pamięci? „Maiden Voyage” Herbie Hancocka za tytułowy numer gdzie dźwięki spadają niczym ożywcze krople deszczu w środku upalnego lata, Red Garland – „Red Garland’s Piano” za idealne rozłożenie fortepianowych akcentów, Sonny Rollins – „Saxophone Colossus” – za chyba najlepsze brzmienie saksofonu w historii, Wayne Shorter – „Juju” za to jak zawieszony między innymi instrumentami jest w tym numerze tenor Shortera, Bobby Hutcherson – „Happenings” – za CAŁOŚCIOWY IDEAŁ BRZMIENIOWY, John Coltrane – „A Love Supreme” za to, że nie dopuścił do dźwiękowego chaosu, dzięki czemu awangarda stała się klasykiem strawnym dla każdego prawie każdego słuchacza, Cannonball Adderley – „Somethin’ Else” za to, że nowoczesny jazz może być przebojowy, Dexter Gordon - "One Flight Up" numer "Tanya" jak on uzyskał w tamtych czasach taki dźwiękowy cios?. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo wspaniałe dokonania Van Geldera - są ich setki!

O sobie mówił, ze nie jest producentem muzycznym, tylko inżynierem dźwięku. Inżynier kojarzy się z umiejętnościami odległymi od muzycznej sztuki. Paradoks? Nie bo chodzi o kogoś tak niezwykłego jak Rudy Van Gelder, człowieka który czuł jazz jak nikt inny i potrafił złowić jego ulotną istotę i przemienić w coś tak namacalnego, "inżynierskiego" jak płyta. Dzięki niemu kolejne pokolenia będą cieszyć się chwilami genialnych improwizacji, które utrwalił MISTRZ, ocalając je od zapomnienia.

Rudy Van Gelder zmarł w dniu 25 sierpnia 2016 roku w Englewood Cliffs - tam gdzie przez lata pracował.

Mistrzu spoczywaj w „blue” pokoju. Dziękuję za wszystko co zrobiłeś.

Amen

Bogusław Zajączkowski