Takiego wyrazistego głosu nie było od czasu debiutu Amy Winehouse. Rag’n’Bone Man to właściwie Rory Graham, angielski songwriter, urodzony 29 stycznia 1985 roku. Od dziecka zajmował się muzyką; najpierw w składach hip-hopowych, potem zachęcony przez ojca jamował w klubach bluesowych. Te dwa gatunki uformowały unikatowy styl Rag’n’Bone’a, gdzie żarliwa muzyka z Delty Mississippi spotyka nowoczesny pop. Przez długie lata budował swoją karierę, wydał trzy epki: „Bluestown” 2012, „Wolves” 2014, „Disfigured” 2015. Jednak przełom nastąpił dopiero po ukazaniu się w 2016 roku singla „Human” (133 mln odsłon na YouTube). Rory Graham z dnia na dzień stał się międzynarodową gwiazdą, a przemysł muzyczny okrzyknął go swoją największą nadzieją. W wieku 32 doczekał się w końcu debiutanckiej płyty „Human”.

Rag’n’Bone Man wyróżnia się już swoim wyglądem: potężny, brodaty z kolczykiem w nosie, ubrany w hip-hopowe ciuchy i przede wszystkim mocno wytatuowany. Na prawej dłoni ma napis „FUNK”, na lewej „BLUES” do tego czaszki ale przyozdobione kwiatkami, na szyi mikrofon. Prezentuje się malowniczo, a przy tym sprawia wrażenie bardzo sympatycznego jegomościa. Śpiewa jak połączone siły Erica Burdona, Vana Morrisona, Joe Cockera z domieszką Otisa Reddinga, Seala, Gregory Portera, Michaela Kiwanuki i… Barry White’a.

Przyznam, że przy pierwszym kontakcie z singlem „Human” byłem w szoku. Prosty, nowoczesny, rytmiczny, a zarazem osadzony w tradycji soulu utwór z POWALAJĄCYM wokalem zrobił na mnie gigantyczne wrażenie. Przesłuchanie całej płyty jednak ostudziło mój zapał. Pomyślałem – kolejny stracony talent którego zabiła plastikowa produkcja studyjna i chęć przypodobania się listom przebojów. Artysta się sprzedał, poszedł na zbyt duże kompromisy, rozdrobnił się, oddał duszę za tani poklask. Potem na szczęście przyszło otrzeźwienie, pomyślałem: kim jestem by go tak oceniać? Krytykuję z bezpiecznej pozycji recenzenta wysiłek człowieka, który całe życie poświęcił muzyce i dostał tę jedną szansę by zaistnieć. Fakt - muzycznie płyta nie jest spełnieniem marzeń jak ubiegłoroczny, genialny album „Love & Hate” Michaela Kiwanuki, Rag’n’Bone Man to jednak inny rodzaj wrażliwości, na swój sposób jednak genialny. Płyta jest bardzo spójna, monolityczna. Każdy numer na albumie może być potencjalnym hitem, ale na szczęście wrażliwość wokalisty broni je przed popadnięciem w banał. Nie wiem jak Rory to robi, ale potrafi być jednocześnie: liryczny, dramatyczny, patetyczny, zdecydowany i żarliwy, przy tym nie zapomina, że piosenki powinny bawić. Łączenie świata hip-hopu (zagęszczona produkcja) z feelingiem soulu i bluesa przychodzi Grahamowi nadzwyczaj łatwo - „Innocent Man”, „Skin”, „Bitter End”, „Ego”. Zrobienie popowych hitów z radosnym refrenem to dla niego pestka - „Be The Man”, „Arrow”, zaraz potem śpiewa dość mroczny utwór „Love You And Less”. Echa gospel znajdziemy w utworze „Odetta” i „Grace”. „As You Are” mógłby być ozdobą płyty Amy Winehouse. Podstawowy set kończy blues zaśpiewany a cappella „Die Easy”. Tutaj możemy w pełni podziwiać kunszt i charyzmę Rag’n’Bone Man, który poziomem nie odbiega od największych legend gatunku.

Oddzielnym tematem do analizy są teksty. Większość z nich oscyluje wokół tematu miłości. Jednak jest ona tylko punktem wyjścia do dywagacji na temat kondycji człowieka we współczesnym świecie. Teksty pokazują jak wrażliwym człowiekiem jest ten wytatuowany olbrzym.

Płyta jest już dużym hitem, a jej sprzedaż będzie tylko rosła. To bardzo dobra wiadomość, ponieważ tak dobra muzyka powinna docierać do jak najszerszego kręgu słuchaczy. Czym nas w przyszłości zaskoczy Rag’n’Bone? Myślę, że kolejnymi fantastycznymi albumami z porywającą muzyką i emocjonalnymi tekstami. Absolutnie proszę zapoznać się z tą płytą!

P.S. Wersja CD delux zawiera aż 7 dodatkowych utworów!

Płytę CD/LP kupisz na Voiceshop.

Bogusław Zajączkowski