Śmierć nieustannie zbiera swoje żniwo, nie oszczędza także znanych muzyków. Zaledwie trzy miesiące temu zmarł David Bowie, którego zgon dosłownie zszokował muzyczny świat, a już następny legendarny muzyk dołączył do grona „WSPANIAŁYCH MUZYKÓW, KTÓRZY ODESZLI ZA WCZEŚNIE”.

Prince ze swoją muzyką idealnie trafił w odpowiedni czas. Kończyły się lata 70., scena muzyki pop, rock, soul zmieniła się w następnej dekadzie nie do poznania. Prince startuje w 1978 roku płytą „For You”, na której określa obszar swoich muzycznych zainteresowań na następnych kilkadziesiąt lat  działalności. Muzyk porusza się pomiędzy popem, soulem, funkiem, rockiem, a nawet elementami jazzu. Proporcje tych gatunków na jego płytach były różne, ale najczęściej Prince brzmi jak skrzyżowanie Jimiego Hendrixa, który zaplątał się na nowoczesną dyskotekę końca lat 70., gdzie króluje unowocześniony James Brown/Little Richard w oprawie ociekającej seksem na modłę Funkadelic. Na dodatek tę muzyczną mieszankę Książę ubierał w trochę kiczowaty image, tak jak przystało na ósmą dekadę XX wieku. To co zdecydowanie wyróżnia naszego bohatera pośród setek gwiazdek popu jest całkowite panowanie nad swoją muzyką. Prince pisał teksty/piosenki, które sam aranżował i produkował, na dodatek był multiinstrumentalistą i wybitnym gitarzystą, o czym dzisiaj się już zapomina. Ktoś tak zdolny nie mógł być sezonową gwiazdką. Mimo tego, iż główna popularność artysty przypadła na lata 80., jego płyty z kolejnych dekad także cieszyły się popularnością i uznaniem krytyki. Cieniem nad jego karierą kładł się konflikt z wytwórnią Warner Bros. Artysta przez wiele lat nie mógł się wyplątać z niekorzystnego kontraktu, dlatego w latach 90. zaczął występować pod pseudonimem „The Artist Formerly Known as Prince” – "TAFKAP" lub po prostu "The Artist", który ostatecznie zastąpiono przez specjalny znak graficzny, tzw. „love symbol”. Wyrazem protestu Prince'a wobec polityki prowadzonej przez wielkie wytwórnie płytowe były także okładki jego płyt, na których fotografował się w łańcuchach lub z napisem „SLAVE” na policzku. Artysta ponownie nagrywał jako Prince od 2001, po wywiązaniu się ze zobowiązań wobec Warner Bros.

 

To co zdecydowanie wyróżnia Prince’a na tle często leniwych, zgnuśniałych gwiazd show biznesu jest jego pracowitość. W ciągu swojej kariery nagrał ponad 50 płyt, które rozeszły się w 100 milionach egzemplarzy – ROBI WRAŻENIE! Współpracował ze światem filmu, jego największym sukcesem był soundtrack „Purple Rain” 1984 rok, do filmu o takim samym tytule. Ponadto stworzył ścieżki m.in. do „Batmana” 1989 w reżyserii Tima Burtona. Pisał dla innych artystów: The Bangles, Toma Jonesa, The Art Of Noise, Milesa Davisa itd. Trudno sobie wyobrazić karierę Sinead O’Connor bez piosenki Prince’a „Nothing Compares 2U”, która zrobiła z niej światową mega gwiazdę. Kolejna ciekawostka z jego kariery: piosenka „Darling Nikki” z albumu „Purple Rain” zawierająca aluzje do masturbacji, stała przyczyną skandalu obyczajowego i zalążkiem instytucji moralnego nadzoru. Po wysłuchaniu tej piosenki, Tipper Gore, żona Ala Gore’a, prominentnego polityka Partii Demokratycznej, rozpoczęła krucjatę przeciwko „rozwiązłym i propagującym agresję” tekstom w muzyce popularnej. Powołana przez nią organizacja PMRC (Parental Music Resource Center – Rodzicielski Ośrodek Przeciwdziałania Szkodliwej Muzyce), doprowadziła do przesłuchań muzyków rockowych przed specjalną komisją Kongresu Stanów Zjednoczonych. Wydawcy zostali zobowiązani do zaopatrywania okładek płyt zawierających szczególnie nieprzystojne treści specjalną naklejką/napisem: Parental Advisory – Explicit Lyrics (Doradca rodzicielski – dosadne teksty). Ta swoista cenzura nie przeszkodziła w uhonorowaniu Prince’a, którego w 2004 roku wprowadzono do prestiżowej Rock and Roll Hall of Fame. Mistrz stworzył kilkadziesiąt hitów, bez których trudno sobie wyobrazić popkulturę: „ I Wanna Be Yor Lover”, „Controvercy”, „ 1999”, „Purple Rain”, „Diamonds And Pearls”, „Little Red Corvette”, itd.

 

Muzyk żył i tworzył w świecie show biznesu, który rządzi się swoimi, często bezlitosnymi prawami. Jednym z nich jest zasada, że śmierć jest najlepszą formą promocji artysty. Tak było w przypadku Elvisa Presleya, Kurta Cobaina, Michaela Jacksona i wielu innych muzyków, którzy zmarli przed Princem. Universal Music w ciągu niecałych 12 godzin (!!!) załatwił prawa do wydania ostatniej płyty muzyka: „HITnRUN PHASE TWO”, która pierwotnie ukazała się w dniu 12 grudnia 2015 roku we własnej wytwórni artysty NPG Records i była wcześniej dostępna tylko w wersji cyfrowej. Wszystkie utwory zostały wyprodukowane, zaaranżowane oraz skomponowane  przez Mistrza.

Można to skwitować krótko – cyniczna, zachłanna branża, która wykorzystuje ludzki dramat. Z drugiej strony: podstawą, absolutnym fundamentem fonografii jest sprzedaż, propagowanie muzyki, docieraniem z nią do jak największego grona odbiorców. Płyty po śmierci muzyków zawsze sprzedają się zdecydowanie lepiej niż w czasie ich żywota. I wydaje mi się, że taka jest po prostu naturalna kolej rzeczy, dzięki której pamięć o wspaniałych, muzycznych dokonaniach będzie trwać nadal po ich śmierci.

 

Recepcja muzyki Prince’a jest inna w Polsce niż np. w USA, u nas nigdy nie zdobył takiej popularności na jaką zasługiwał. Świadczą o tym chociażby różne radiowe podsumowania, topy wszechczasów, wśród których trudno szukać piosenek Księcia. Większość z nas słuchała jego piosenek w prehistorycznych czasach, pewnie na słabo brzmiącym odbiorniku radiowym. Proponuję nabycie płyt Prince’a i delektowanie się nimi na dobrym sprzęcie w domowym zaciszu. Gwarantuję spore, pozytywne zaskoczenie! A rockowi malkontenci mogą zapoznać się z taką płytą: „PlectrumElectrum” - niesamowite, surowe, organiczne granie.

Książę, możesz spoczywać w spokoju, twojej muzyki świat na pewno nie zapomni. Amen.

 

 

Bogusław Zajączkowski