Kolejny rok dobiegł końca, pora na podsumowania. Według mnie był to fantastyczny czas w muzyce. Niestety miał on także swoje mroczne momenty: kolejne zgony znakomitych muzyków. Największym szokiem była śmierć Davida Bowie, potem następne, fatalne informacje: Prince, Leonard Cohen, George Michael, a to zaledwie początek długiej listy artystów którzy nas opuścili. „Show Must Go On” – to hasło wyjątkowo dobrze pasuje do pop kultury. Mimo poważnych strat prze ona do przodu, a młodość jest jej główną, napędową siłą.

Niezwykłym wydarzeniem było przyznanie literackiej Nagrody Nobla dla Boba Dylana. Gigantyczna nobilitacja dla artysty jak i całej branży. W końcu ostatecznie przestanie się rockową twórczość uważać za coś gorszego od innych, bardziej poważnych gatunków sztuki.

W 2016 roku firmy płytowe zasypały nas reedycjami znakomitych, klasycznych płyt, szczególnie w wersjach na winylach. Pojawiły się nowe wydania: Pink Floyd, Genesis, E, L & P, Deep Purple, Free, Diana Krall, Sting, The Cure, Temple Of The Dog, The Band, Dead Can Dance itd. Warner Music powoli zaczyna wypuszczać legendarne nagrania z labela Polskich Nagrań, które fonograficzny potentat zakupił w 2015 roku. Wydawana przez nich wspaniała seria „Polish Jazz” zarówno pod względem edytorskim jak i muzycznym, dosłownie zapiera dech w piersiach. Polecam wszystkie płyty które wychodzą w ramach tych unikatowych reedycji, zwłaszcza, że mamy do wyboru zarówno wersje CD jak i LP. Warner Music wydaje także klasyczne albumy rockowe i popowe w tym płyty Marka Grechuty, Czesława Niemena, Breakoutu, Dżambli. Stara gwardia nie odpuszcza, znakomite płyty nagrali: The Rolling Stones „ Blue & Lonesome”, Paul Simon „Stranger To Stranger”, Vangelis „Rosetta”, Jean Michael Jarre „ Electronica 2” oraz „Oxygen 3”, Pixies „Head Carrier”, New Model Army „Winter”, Leonard Cohen „You Want It Darker”, David Bowie „Blackstar”, Santana - „IV”, itd.

Jednak bez młodej krwi cała popkultura stanie się skansenem, sympatyczną, ale jednak skamieliną. Na szczęście rynek zalały doskonałe płyty młodych wykonawców, którzy raczej już nie staną się bożyszczami milionów, ale mają do zaprezentowania niezwykle ciekawą muzykę. Wynotowałem około 100 płyt które szczególnie mi się podobały w 2016 roku, z nich wybrałem trzydziestkę.

Układ alfabetyczny:

Anohni – „Hopelessness”. Kiedyś zwany Antony Hegarty podobno zmienił płeć i został Anohni. Przy okazji porzucił naturalne instrumenty na rzecz elektroniki. Powstało arcydzieło współczesnej muzyki.

Bat For Lashes – „The Bridge”. Cudowna opowieść o stracie i próbie podniesienia się z traumy. Fantastyczne melodie.

Bayonne – „Primitives”. Elektroniczne dźwięki z małą domieszką wokali. Wrażenie jest tak duże, że słucha się z otwartymi ustami.

Black Mountain – „IV”. Hard rock i art rock wymieszane w idealnych proporcjach i podane w świeży sposób. Rewelacja.

Bombino – „Azel”. Skrzyżowanie stylu Ali Farka Toure z Jimi Hendrixem, niezwykle spontaniczna i o dziwo nowoczesna muzyka.

Bon Iver – „22 A Million”. Muzyka rozbita na atomy i ponownie złożona we frapującą całość.

D.D. Dumbo – „Utopia Defeated”. Wszyscy zachwycają się nowym Stingiem, słusznie, ale i tak daleko płycie słynnego Anglika do tego albumu.

De La Soul – „And The Anonymous Nobody”. Niektórzy nazywają to hip-hopem. Dla mnie jest to po prostu piekielnie pomysłowy soul. Jedno z największych, pozytywnych zaskoczeń 2016 roku.

Devendra Banhart – „Ape In Pink Marble”. Oniryczna, dziecięca zwiewność i lekkość.

Foy Vance – „Thw Wild Swan”. Klimat najlepszych płyt Bruce’a Springsteena został przywołany w sposób perfekcyjny!

Gregory Porter – „Take Me To The Alley”. Król jazzowej wokalistyki kolejny raz udowodnił, ze ma niebywały talent do pisania fantastycznych numerów, które mogą słuchać zarówno wytrawni znawcy gatunku, jak i odbiorcy komercyjnych rozgłośni radiowych. Najsympatyczniejszy „szynszyl” w branży i ta jego CZAPA! ;)

Immanu El – „Hibernation”. To jedna z tych płyt które można „zamęczyć” w odtwarzaczu. Post rock z cudownymi melodiami.

Jeff Beck – „Loud Hailer”. Album na pewno nagrał 70. letni weteran? Pasja i rockowy ogień powalają.

Kaleo – „A/B”. Irlandczycy, którzy uczą Amerykanów grać ich własną muzykę? Tradycja podana w sposób nowoczesny i przebojowy.

King Creosote – „Astronaut Meets Appleman”. Niesamowity songwriter, który obezwładnia melancholijnym klimatem.

Król – „Przez sen”. Muzyk jak nikt inny potrafi w nowoczesny sposób snuć senne opowieści.

Kurt Elling – „The Beautiful Day”. Płyta świąteczna, ale uniwersalna. Kurt jest mistrzem stylu i elegancji. Fajnie jakby zaśpiewał cała płytę z Gregory Porterem…

Liima – „ii”. Wspaniała elektroniczna symfonia i te melodie!

Lumineers – „Cleopatra”. Akustyczna, skromna muzyka która podbiła świat. Brawo!

Marcus King Band – „Marcus King Band”. Tacy młodzi, a tacy zdolni. Amerykańskie granie z okolic Blood, Sweat & Tears, uzupełnione o soulowy wokal.

Michael Kiwanuka – „Love & Hate”. Druga płyta młodzieńca który jest nie mniej zdolny niż Jimi Hendrix, Otis Readding i Lenny Kravitz, a na dodatek potrafi przywołać klimat muzyki Pink Floyd.

Mumford & Sons – „Johannesburg”. Charakterystyczny styl grupy został pomieszany z wpływami afrykańskimi, powstało małe arcydzieło.

Nick Cave & The Beed Seeds – „Skelton Tree”. Mroczna, posępna, dojmująca smutna, ale to nie dziwi, ten artysta tak ma, na dodatek okoliczności powstania płyty były tragiczne.

Organek – „Czarna madonna”. Piekielnie zdolny, ale już nie młodzieniec. Prawda, ekspresja, rockowa zuchwałość na granicy z bezczelnością, tak ma wyglądać wzorcowy album muzyki alternatywnej.

Piotr Zioła – „Revolving Door”. Bardzo młody wokalista wystylizowany na Jamesa Deana, który nawiązuje do klimatu muzyki lat 60. Warto śledzić jego karierę.

PJ Harvey – „The Hope Six Demolition Project”. Artystka udowodniła, że rock powinien o czymś opowiadać, o coś walczyć. Ta płyta przypomina o najsłabszych w dzisiejszych społeczeństwach i bierze ich w obronę. „The Community Of Hope” to współczesny hymn wszystkich wykluczonych!

Rykarda Parasol – „The Color Of Destruction”. Następczyni Patti Smith i PJ Harvey śpiewająca z cudownym zdystansowaniem.

Swans – „The Glowin Man”. Grupa przesunęła granice muzyki rockowej na kres jej możliwości. Chyba nie da się stworzyć dźwięków bardziej pokręconych i zarazem motorycznych, na swój sposób przebojowych.

The Head And The Heart – „Signs Of Light”. To chyba najbardziej rozrywkowa płyta w tym zestawie z porywającymi melodiami i bezpretensjonalnym klimatem. Paul McCartney chciałby coś takiego nagrać…

White Lies – „Friends”. Doskonała, sentymentalna wycieczka w muzyczne lata 80. XX wieku.

Poza protokołem i konkurencją:

Kamasi Washington – „Epic”. Płyta wyszła w 2015 roku, ale nawet specjalistyczne pismo „Jazz Forum” zrecenzowało ją dopiero w 2016, więc zaliczam krążek do tej drugiej daty. Epickie, trzypłytowe arcydzieło, 35. letniego saksofonisty, który został obwołany nowym mesjaszem jazzu. Free jazz, jazz rock, muzyka filmowa, hard bop, soul, funky, gospel podane zostały przez duży, prawie big bandowy skład. Muzyka dosłownie kotłuje się w niesamowitej, opowieści z mocnymi podtekstami polityczno – społeczno - rasowymi w tle. Kamasi jest GENIUSZEM. Wszystkie utwory sam skomponował, zaaranżował, wyprodukował, po prostu wymyślił ten muzyczny wszechświat. Washington prostuje ścieżki jazzu: przypomina gdzie leżą jego korzenie, ale odważnie prowadzi go w przyszłość. Ta muzyka jest taka, że… będziesz miał czytelniku łzy na policzkach – ze szczęścia! Moim zdaniem to najlepsza, jazzowa płyta od czasu „A Love Supreme” Johna Coltrane’a wydanej w 1965 roku. Całkowicie biorę odpowiedzialność za swoje słowa.

Wszystkie płyty kupisz na Voiceshop.

Bogusław Zajączkowski