„Love & Hate” to niespotykana w dzisiejszych czasach dawka żarliwej muzyki. Dla odwiecznych malkontentów, narzekających na nowe produkcje mam informację - współczesna muzyka potrafi jeszcze wstrząsnąć słuchaczem! Przykładem na to jest druga płyta, młodego, brytyjskiego soulowego songwritera – Michaela Kiwanuki.

Muzyk jest synem UCHODŹCÓW z Ugandy, którzy uciekli ze swojego rodzimego kraju przed prześladowaniami ze strony Idi Amina, tamtejszego dyktatora. Prawdopodobnie gdyby tego nie zrobili, świat byłby uboższy o nieprawdopodobny wręcz muzyczny talent Kiwanuki.

 

Zaczyna się od trzęsienia ziemi – 10 minutowego „Cold Little Heart”. Podniosły nastrój, świetne partie orkiestry, perkusja jak za najlepszych czasów rocka i soulu, chór i porywająca gitara. Takich partii nie powstydziłby się sam David Gilmour i Duane Allman; brzmienie i melodia dosłownie wgniatają w fotel. Tym gitarzystą jest… Michael Kiwanuka!!! Wokal pojawia się dopiero w 5 minucie. Natura obdarzyła naszego muzyka niezwykłym głosem, który brzmi jak skrzyżowanie Otisa Reddinga z Marvinem Gayem. Niepodrabialna żarliwość, naturalność, spontaniczność i ten smutek przebijający się dosłownie z każdej frazy, który chwyta od razu za serce. Pod koniec suity Kiwanuka zostaje sam z gitarą akustyczną, potem wszystko wraca do potężnego zakończenia. Utwór może stanąć w szranki z najlepszymi kompozycjami w historii soulu i rocka – jest monumentalny, surowy, bezkompromisowy i ma coś jeszcze - „pierwiastek mistyczny”. Uff – ale emocje.

Kolejna piosenka „Black Man In A White World” idealnie odnalazłaby się na ścieżce dźwiękowej któregoś filmu z nurtu blaxploitation, czyli fali “czarnego” kina z początku lat 70. Przebija się z niego przekora i hardość – tytuł zresztą zobowiązuje. “Falling” z bardzo wolnym tempem pozwala w pełni docenić woklany kunszt Kiwanuki. Muzyk śpiewa w niesamowicie naturalny sposób, absolutnie niczego nie ubarwnia, nie stylizuje. Ponownie pojawia sie doskonałe solo gitary. “Place I Belong” brzmi jak zapomniana hippisowska piosenka. Wspaniałe brzmienie perkusji! Doskonała prostota, zmiany dynamiki, świetna partia chóru. Rewelacja. “Love & Hate” zahacza o współczesnych songwriterów. Dojmujący smutek, świetna partia orkiestry, wolne tempo, na koniec przełamane sfuzowaną gitarą, której nie powstydziłby się sam Jimi Hendrix. “One More Night” to odrobinę lżejszy utwór, oczywiście jak na standardy Kiwanuki. “I’ll Never Love” ma wspaniały wstęp – głos Michaela wystarcza by nadać mu odpowiedni bieg, potem czujne dogrywki instrumentów podążają za liderem. Jest to najkrótszy utwór na płycie, ale bardzo piękny. “Rule The World” oparty na gitarze z początku nie zapowiada grzmotów które pojawiają się w drugiej części numeru. Wchodzą tam świetne chóry które pokazują na czym polega sztuczka call and response. “Father’s Child” zaśpiewane jest z wielką czułością, namaszczeniem, chwilami wydaje się nam, że to zagubiona kompozycja z “What’s Going On” Marvina Gaye’a. Pora na finał – “The Final Frame” to kolejna odsłona wybornej gry na gitarze i udanego tematu przewodniego. Piękne zakończenie doskonałego albumu.

 

Trzeba wspomnieć o brzmieniu płyty, za które w dużej mierze odpowiedzialny jest Danger Mouse. Naprawdę wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności producenckich - to dzieło jego życia. Płyta według mnie brzmi IDEALNIE. Starzy mistrzowie: Otis Redding, Salomon Burke, Curtis Mayfield, Jmi Hendrix, Marvin Gaye, Gil Scott-Heron, Bobby Womack, Luther Vandross, Michael Jackson, Prince i inne legendy mogą spoczywać w pokoju – pałeczkę w muzycznej sztafecie pokoleń dzierży właśnie niezwykle utalentowany muzyk – MICHAEL KIWANUKA!

 

 

 

Płytę kupisz na: VOICESHOP

 

 

Bogusław Zajączkowski