Metallica daleko wyrosła poza schematy, które przypisane są dla metalowej kapeli. Po pierwsze jej popularność przebiła większość gwiazd pop. Grupa stała się synonimem legendarnego zespołu, którego wypada znać bez względu na to czy jest się pryszczatym młodzieńcem w katance z naszywkami i „blachami”, biznesmenem w krawacie, dostojnym sędzią, księdzem, kobietą, fanem jazzu i klasyki, audiofilem, profesorem, robotnikiem itd. Metalliki słucha KAŻDY, zna ich KAŻDY, jest to sytuacja którą chyba można porównać tylko do tej z The Rolling Stones. Nawet osoby które nigdy nie kupiły płyty tych grup, kojarzą te nazwy i jak jest okazja pojawiają się na ich koncertach. Nowe płyty tych zespołów wzbudzają emocje jakby chodziło o świeże, popularne, modne zespoły. Tak jest i tym razem. „Hardwired…” był omawiany w sieci wiele miesięcy przed swoją premierą. Napięcie rosło aż w końcu dostaliśmy ostateczny produkt.

Grupa przez lata dorobiła się własnego, charakterystycznego stylu, który tylko odpowiednio modyfikowała na kolejnych albumach. Trash metal, ale osnuty wokół świetnych melodii, śpiewanych na poważnie (bez zadęcia operowego), wirtuozeria wykonawcza, ale podporządkowana strukturom utworów (żadnych niepotrzebnych, nudnych, długaśnych solówek), poważne teksty (rycerze, smoki, dziewice odpadają). Metallica potrafiła jak nikt inny połączyć świat ortodoksyjnego metalu ze zwyczajnym rockiem, czego np. nie udało się zrobić Iron Maiden zbyt mocno trzymającego się metalowych schematów. Nowa płyta jest nieprawdopodobnie intrygujaca. Nie jestem wybitnym specjalistą od zespołu ani metalu, dlatego podchodzę do tej muzyki całkowicie obiektywnie i jestem mocno zaskoczony. Repertuar mogę określić krótko: powalający HARD ROCK. Ewidentnie widać, że panowie: Lars Ulrich, James Hetfield, Kirk Hammett, Robert Trujillo mają dokładnie przestudiowaną historię rocka. Taka płyta nie mogłaby powstać w głowach ortodoksyjnych fanatyków najcięższych odmian metalu. Pomysłowość, witalność i świeżość nowej muzyki Metalliki wgniatają w ziemię.

Na początek mocny otwieracz w postaci „Hardwired”, szybkie tempo przywodzi na myśl scenę hardcorową. „Atlas, Rise!” – galopada na spienionym Lucyferze w stylu Iron Maiden. „Now That We’re Dead” przynosi muzykę w stylu grunge nie odległą od dokonań Alice In Chains. „Dream No More” to „kroczące”, niezwykle wyraziste riffy jak w Black Sabbath, ale przefiltrowane przez wrażliwość wczesnego Soundgarden i Kyuss. Dla mnie jest to najlepszy utwór na płycie. „Halo On Fire” ma coś z obecnej sceny metalowej gdzie wątki ciężkie mieszają się z bardzo melodyjnymi, ale absolutnie nie ma tu nic z nu-metalu. Bardzo podoba mi się linia wokalna w tym utworze. James nie ma już takiego dźwięcznego głosu jak kiedyś, ale pojawiła się w nim jakaś niesamowita melancholia, prawda człowieka steranego życiem. Drugi dysk otwiera „Confusion”, naprawdę ciężki, trash metalowy, jakby wyjęty z „Master Of Puppets” kawałek. Ostre, bardzo zwarte łojenie przynosi „ManUNkind”, pnawiązujący do numerów z „Czarnego Albumu”. „Murder One” przypomina odrobinę legendarny „One” z „…And Justice For All”. „Spit Out The Bone” to nieprawdopodobne tempo wzięte ze speed metalu, które pieknie zamyka album.

Kolejny raz udało się Metallice stworzyć ciekawy album, wbrew niesamowitej presji wywieranej przez fanów i odmiennych/sprzecznych oczekiwań krytyki. Jeszcze tylko odrobina łyżka dziegciu w tej beczce miodu. Polska to taki dziwny kraj, gdzie nawet tak wielką premierę może popsuć forma dystrybucji płyty. Dlaczego tzw. wyłączność na LP, wersje rozszerzone otrzymuje jeden podmiot gospodarczy? Na popularność Metalliki zapracowaliśmy wszyscy: fani którzy przez lata kupowali ich albumy i przemysł płytowy (setki sklepów), a teraz całą śmietankę spija firma E…k, podbijając ceny winyla i wydań specjalnych. Nie może być normalnie? Ok. za jakiś czas zapomnimy o nieudanych manewrach handlowych, zostanie tylko muzyka, ona jest nieśmiertelna.

Płyty CD kupisz na Voiceshop.

Bogusław Zajączkowski