King Creosote to pseudonim artysty Kenny Andersona – rocznik 1967. Szkocki songwriter ma bardzo bogaty dorobek artystyczny, ale szerzej jest nieznany. Miał pecha bo jest odrobinę za stary by złapać się na ostatnia falę popularności wykonawców new-folk oraz singer-songwriter. Nowa płyta może mu pomóc w przebiciu się do większej grupy słuchaczy.

Teraz prosto z mostu – płyta jest I D E A L N A!!! Zachwyca pod każdym względem: aranżacyjnym, kompozytorskim, wykonawczym i brzmieniowym. Artysta porusza się w obszarze piosenki, ale mającej otwartą formę i wielpołaszczyznową narrację. Kenny’ego szczególnie wyróżnia umiejętność pisania kapitalnych melodii, które często układa w bogate harmonie wokalne. Do tego dochodzi iście bizantyjska ornamentyka na którą składają się oprócz typowo rockowych instrumentów: skrzypce, wiolonczela, akordeon, harfa, banjo, djembe, tamburyn, dudy, pianino. Wszystkie tworzą cudowne tło nad którym króluje charakterystyczny, smutny głos Andersona. Szukając porównań można powiedzieć o tej muzyce, że brzmi jak Traffic, którego unowocześnił R.E.M. i Waterboys, a potem Ben Howard lub Devendra Banhart nadali jej epickiego szlifu. Każda z dziewięciu piosenek zachwyca, ale szczególnie wyróżniają się: eksperymentalna “Peter Rabbit Tea” i dynamiczna “Surface”. Ta ostatnia porywa jak najlepsze rockowe hymny sprzed 50 lat. Akustyczny wstęp, potem wejście perkusji i jesteśmy w locie do 3:07 minuty, gdzie pojawiają się dudy – magiczny moment. Płyta idealnie wyważa proporcje pomiędzy elementmi rozrywkowymi i artystycznymi. Jednego nie potrafi i nie chce wyważyć – emocji. I bardzo dobrze, przecież ostatecznie one są najważniejsze w sztuce.

Płyty CD i LP kupisz na: VOICESHOP

Bogusław Zajączkowski