O tak! chciałoby się krzyknąć przy słuchaniu tej płyty. Nasz wrzask i tak byłby niesłyszalny ponieważ album wręcz domaga się rozkręcenia wzmacniacza do oporu. Większość muzycznych rówieśników Becka (rocznik 1944), którym udało się do dzisiaj przeżyć, raczej odcina kupony od minionej chwały. Absolutnie nie dotyczy to Mistrza Jeffa, który znalazł patent na długowieczność i muzyczną witalność. Po pierwsze przy nowej płycie zatrudnił nie jak to zawsze bywa w rocku facetów, tylko… dwie kobiety: wokalistkę Rosie Bones oraz gitarzystkę Carmen Vandenberg. Po drugie trio wspólnie skomponowało prawie cały materiał na płytę. Po trzecie ten typ tak ma – jest wręcz nieprawdopodobnie muzykalny.

Bardzo udana okładka nawiązuje do protest albumów z lat 60., zawartość muzyczna to już dźwięki na miarę XXI wieku. Brzmienie albumu jest absolutnie bezkompromisowe, soczyste z bardzo głębokim i sprężystym basem, zachowana jest przy tym niesamowita przestrzeń.

 

Otwierający zestaw numer „The Revolution Will Be Television” zaczyna się delikatnym wstępem, by w 26 sekundzie przerodzić się w dźwiękowy atak. Otrzymujemy niesamowity ciężar rocka w którym gitarowe partie po prostu wtłaczają w fotel. Drugi numer „Live In The Dark” ma w sobie coś z muzyki funky/soul ale poddanych mocnemu wpływowi rocka. Wokal Rosie Bones wypada i drapieżnie i kobieco i wyzywająco, jednym słowem - świetnie. Utwór jest wzorcowy dla całej płyty, nie jest to do końca piosenka, ale także ucieka on od schematu przysłowiowej suity. Jest za to bliski temu co robił Jimi Hendrix, tyle że zdecydowanie bardziej nowoczesny. Ciekawe co zawodowi gitarzyści sądzą o „Pull It”. Na ich miejscu po wysłuchaniu tego numeru miałbym załamanie nerwowe! „Thugs Club” oparty jest na bardzo widocznych wpływie bluesa, ale nawet ten numer ucieka od schematów związanych z tym gatunkiem. „Scared For The Children” przynosi ukojenie w postaci błąkających się w przestrzeni niezwykłych gitarowych fraz, kto pamięta wstęp do płyty „Amused To Death” Rogera Watersa, ten wie o czym piszę. Bones śpiewa tutaj jak natchniona Sheryl Crow w najlepszych czasach. W końcówce wybrzmiewa taka partia gitary, że chyba nie da się już lepiej zagrać. Zachwycamy się płytą duetu Royal Blood, utwór „Right Now” pokazuje gdzie ci młodzi muzycy szukali inspiracji. Miniatura „Shame” to najbardziej bezpretensjonalna kompozycja na płycie. Leżysz sobie na plaży patrzysz na morze, a w tle sączy się ta zrelaksowana muzyka - piękna wizja! Bardziej mroczny, brzmiący trochę w stylu Briana Eno jest początek piosenki „Edna”. Potem utwór płynnie wchodzi w „The Ballad Of The Jersey Wives”, czyli riffowe granie. Funkowy „O.I.L” uświadomił mi, że Michel Jackson powinien zatrudnić Becka by ten pisał mu numery w ostatnich latach kariery. Szkoda, że król popu nie wpadł na ten pomysł, ponieważ potencjał komercyjny tego utworu jest po prostu gigantyczny i idealnie pasuje do stylu Jacko. Ostatni na płycie „Shrine” przypomina odrobinę „Hallelujah” Leonarda Cohena; wysmakowane dźwięki, stonowany wokal, melodia jest tutaj najważniejsza. I tak kończy się ta płyta.

 

Mówienie w przypadku Becka o tym, że gra niesamowite solówki jest niewłaściwe. Ten człowiek komponuje po prostu „partie” gitary, które tworzą dźwiękową katedrę. Wysmakowane, a zarazem pełne ognia granie, które robi kolosalne wrażenie.

 

 

Płytę kupisz na: VOICESHOP

 

Bogusław Zajączkowski