Przewrotnie zacznę od Davida Bowie. Ten niesamowity artysta wydał 08-02-16 ostatnią swoją płytę „Blackstar”, 10-02-16 już nie żył. Przywołuję go, bo tak się składa, że losy tych artystów przez ostatnich 45 lat przecinały się wiele razy. Prawie każde ich wspólne działanie kończyło się sporym sukcesem. Bowie pomagał Iggy’emu przy płycie „Raw Power”, potem praktycznie uratował go od śmierci, gdy Pop w połowie lat 70., opuszczony przez wszystkich stoczył się na samo dno i wylądował w „psychiatryku”. David to jedyna osoba, która wtedy nadal wierzyła w szalonego nonkonformistę. Zabrał przyjaciela do Berlina, gdzie każdy z nich dosłownie odżył fizycznie i artystycznie. Pop nagrał tam swoje najlepsze płyty: „Idiot” i „Lust For Life”, obydwie z 1977 roku, zaś Bowie trylogię berlińską: „Low” 1977 , Heroes” 1977, „Lodger” 1978. Przypadek, zbieg okoliczności, że prawie w tym samym czasie wydają swoje najnowsze dzieła – „Blackstar” i „Post Pop Depression”? To się chyba nazywa telepatycznym porozumieniem. Tym razem Bowie nie pomógł Popowi stworzyć materiału, ale i tak nad nowymi numerami unosi się duch ich wspólnego „Lust For Life”. Iggy to weteran, który kilkakrotnie wywinął się śmierci spod kosy. Jego żywotność, energia, rebeliancka postawa mogłyby służyć jako wzór dla każdego niegrzecznego, rockowego muzyka. Ale nawet i on został naznaczony czasem, który jest bezlitosny dla wszystkich. Dlatego nowa płyta brzmi tak frapująco: z jednej strony odważnie, rockowo, dynamicznie, rebeliancko, z drugiej zaś słychać na niej dojmujący smutek, jakąś próbę rozliczenia się ze swoim życiem. Zresztą sam Pop twierdzi, że może to być jego ostatni album, ponieważ amerykańska popkultura odrzuca bezużytecznych starców. Płyta na szczęście nie jest całkowicie przesiąknięta zwątpieniem, pewnie przyczynił się do tego Josh Homme –  producent i główny współpracownik Popa na tym albumie. Mamy więc kapitalny konglomerat: siły doświadczenia i „życiowej mądrości” Popa z talentem Josha Homme’a, bardzo zdolnego, ciągle młodego muzyka, który potrafił przekuć pomysły starszego kolegi w doskonałe utwory. Muzyczna zawartość albumu to po prostu alternatywa z różnymi jej odłamami: post punk, cold wave, rock autorski, stoner rock. Iggy’ego i Josha wspomogli Dean Fertita (Dead Weather, Queens Of The Stone Age), Matt Helders (Arctic Monkeys) i pokaźna grupa muzyków studyjnych grających na smyczkach, melotronie, trąbkach, saksofonach i innych instrumentach nietypowych dla muzyki Popa. Iggy śpiewa niskim, zmęczonym głosem, który jest tak autentyczny, że nie sposób mu nie wierzyć, szczególnie w słowa z ostatniego utworu „Paraguay”, gdzie sztuczną kulturę Zachodu przeciwstawia autentyczności życia na południowej półkuli Ziemi, konkretnie w Paragwaju. Można się z nim nie zgadzać, można upierać się, że kreśli zbyt czarno – białą wizję rzeczywistości, w której nie docenia zdobyczy naszej cywilizacji i za bardzo gloryfikuje kraje biedniejsze. Nie można jednak zlekceważyć jego spostrzeżeń, w końcu to starszy Pan który przeżył, widział i odczuł więcej, niż przeciętny człowiek czy zwykła gwiazda rocka.

Naprawdę kapitalna płyta – mam tylko prośbę, Iggy nie umieraj bo teksty wskazują na…

 

 

Płytę kupisz na: VOICESHOP.PL

 

Bogusław Zajączkowski