Zadziwiająco nietypowo rozwija się kariera tego muzyka. Pierwszą płytę „Water” wydał w 2010 roku, mając 39 lat! Niesamowicie późny debiut, nawet jak na standardy obowiązujące w muzyce jazzowej. Ta płyta i następna – „Be Good” z 2012 roku pokazały, ze mamy do czynienia z nową, wybitną postacią w świecie jazzu. Porter dysponuje niesamowitym barytonem, który brzmi ciepło, przyjaźnie, a w jego wokalistyce wyczuwa się po prostu radość muzykowania, same pozytywne emocje. Porter potrafi świetnie swingować, improwizować, ale niczego nie robi na siłę. Popisy wokalne nie przysłaniają kompozycji, melodii, tworzą spójną całość z muzyką. Artysta oprócz doskonałego głosu, warsztatu ma do zaprezentowania coś co nie jest często spotykane u muzyków jazzowych – umiejętności kompozytorskie. Większość utworów na dwóch pierwszych płytach jest autorstwa samego Gregory’ego. Muzyk jest tradycjonalistą: nie wprowadza unowocześnień, nie miesza gatunków, nie robi ukłonów w kierunku komercyjnie nastawionej publiczności. Utwory mają pięknie wybrzmiewać, układać się w formę „jazzowej piosenki”. Wokalista aranżuje kompozycje wykorzystując fortepian, bass, trąbkę, saksofon i… tyle. Trzecia płyta „Liquid Spirit” z 2013 roku wydana przez Blue Note, będącego labelem największej firmy fonograficznej świata – Universal, zrobiła z Portera gwiazdę. Album dostał w 2014 roku nagrodę Grammy w kategorii „Best Jazz Vocal Album”, świetnie się sprzedał, szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie rozeszło się 100 tys. kopii. Z artysty niszowego Gregory stał się rozpoznawalny, daleko wychodząc poza świat jazzu. Po wieloletniej dominacji Kurta Ellinga, został obwołany największym wokalistą jazzowym na świecie. Koniecznie trzeba jeszcze opisać wizerunek artysty. Zawsze niezwykle elegancki, „dopięty pod szyję”, ale za to noszący sportowe obuwie, a na głowie charakterystyczną czapkę z podpinką przykrywającą dużą część twarzy. Muzyk nie rezygnuje z tej czapki w żadnej sytuacji, występuje w niej na wszystkich zdjęciach, udziela wywiadów prasowych, koncertuje, bierze udział w talk – show itd. Charakterystyczna, potężna postura, eleganckie ubrania, udziwniona czapka i ta radosna, wiecznie uśmiechnięta, brodata twarz – takiego człowieka zapamiętuje się od razu.

„Take Me To The Alley” to kolejny wielki sukces Portera. Praktycznie nic nie zmienił w swojej filozofii muzykowania, jedynie napisał jeszcze piękniejsze kompozycje, zaaranżował je jeszcze lepiej i zaśpiewał najpiękniej jak to jest możliwe. Płyta to 12 doskonałych utworów, które udowadniają, że w klasycznie brzmiącej muzyce jazzowej tkwią jeszcze duże pokłady nieodkrytej świeżości. Melodia i ten radosny, lekko zamglony klimat są na tym krążku najważniejsze. Powolne tempa, leniwie rozwijające się kompozycje, w których doskonale przenika się warstwa wokalna i muzyczna.  Album wzbogacają kapitalne partie instrumentalistów, którzy nie pozują na herosów solówek, ale powściągliwe przywołują brzmienia takich mistrzów jak: Miles Davis, Chet Baker, Coleman Hawkins. Najbardziej pamiętne momenty: „Take Me To The Alley” muzycznie nawiązujący do klimatu płyty „Satie” Jacquesa Loussiera, „Consequence Of Love” - Sinatra pewnie chętnie by to zaśpiewał i mój faworyt „In Fashion”. Wokaliści jazzowi często znajdują się w pułapce, nie wiedzą jak połączyć w przekonującą całość strukturę klasycznej piosenki i jazzowych improwizacji, nie popadając przy tym w nadmierne uproszczenie albo utrudniające jej odbiór przeintelektualizowanie. Nasz bohater znalazł złoty środek, tym odróżnia się chociażby od Jamie Culluma, którego płyty za bardzo ciążą w kierunku popu. Doskonałe kompozycje, trafione w punkt aranżacje,  świetne melodie, audiofilskie brzmienie, oryginalny image - Panie i Panowie oto nowy, muzyczny mistrz – Gregory Porter!

 

 

 

PŁYTĘ KUP NA:  VOICESHOP.PL

 

 

Bogusław Zajączkowski