Słuchaczy o słabych nerwach proszę by omijali tę płytę z daleka. Odważnych zapraszam do szalonej wyprawy z „chorą” muzyką Eris. Pierwszy raz zobaczyłem ich w programie „Must Be The Music” w 2011 roku. Bardzo młodzi zawodnicy, z których troszeczkę się podśmiewano do momentu, gdy wokalista o wyglądzie cherubinka otworzył aparat gębowy. To był szok poznawczy - ultra ciężka muzyka z szalonym wokalem wgniotła wszystkich w fotel. Zespół dotarł do samego finału programu prezentując totalnie niekomercyjną muzykę. Niestety potem nastąpiła aż pięcioletnia próżnia, wypełniana koncertami i przygotowaniem materiału na płytę. Trochę szkoda tej telewizyjnej promocji ale na szczęście w tym czasie grupa dojrzała i przygotowała kapitalny debiut.

Młodzieńcy grają metal-core, pomieszany z elektroniką, death metalem, black metalem, nu-metalem, emo, gotykiem i powiedzmy muzyką rozrywkową. To dziwny zestaw ale proszę mi uwierzyć - taka jest prawda. Grupa przesuwa kolejne granice w muzyce rockowej, mieszając w swoich utworach wydawałoby się nieprzystające do siebie elementy. W ich twórczości wyczuwa się niesamowitą pasję, energię, młodzieńczą zuchwałość i buńczuczność. Mimo tego iż jest to bardzo skomplikowana, wielowątkowa muzyka, nie ma w niej kalkulacji, wręcz przeciwnie bije z niej naturalność i świeżość. Nie ma co do tego wątpliwości – takie wariactwo mogli STWORZYĆ TYLKO MŁODZI MUZYCY Z OTWARTYMI GŁOWAMI. Stara brać metalowa będzie pewnie wybrzydzać, ale muzycy nie mają się czym martwić, to właśnie takie zespoły jak Eris Is My Homegirl nie pozwalają skostnieć gatunkowi.

Co w ich muzyce jest najlepszego? – brak strachu przed samoograniczaniem, mieszanie mroku z jasnością, deathowego growlu, blackowego „gulgotania” z melodyjkami w stylu Linkin Park albo Imagine Dragons. Utwory są bardzo spójne, to wielka sztuka tak połączyć odległe muzycznie gatunki by stanowiły płynnie brzmiące utwory. Weźmy „The Kingdom Of Sea And Hell” – wstęp punkowy, potem death metal, przyspieszenie blackowe płynnie przechodzi w melodyjne zawodzenie przerywane growlem, wszystko zagrane w nieprawdopodobnym tempie. Momentami odnosi się wrażenie, że tam musi śpiewać kilka różnych osób – a to jeden Ernest Kozłowski (co to za nazwisko dla metalowego krzykacza?;) Końcówka utworu ma wątek przebojowo-melodyjny, a to co dzieje się w 3:20 rozkłada na łopatki. Wchodzą brzmienia rodem z ambitniejszej, współczesnej dyskoteki, na sam deser pojawia się nawet klasyczne solo na gitarze. Większość utworów jest tak urozmaicona, by żaden nie pozwalał nudzić się słuchaczowi. Na uwagę zasługują teksty, które nie są zwykłą prowokacją czy młodzieńczym wybrykiem. Wyczuwa się, że autor ma duży potencjał literacki, ucieka od schematu zwykłej piosenki w stronę otwartej formy. I ta pasja w tekstach - „Heroes”, egzystencjalny smutek, wyznanie wiary - „The End Is The Beginning”. Prawie wszystko jest udane na tym albumie. Jedyne zastrzeżenie mam do wydania: kto jest „konstruktorem” koszmarnej szaty graficznej, okładki, czcionek tekstu itd.?  Ten mankament wynagradza brzmienie: bardzo selektywne, jasne, producent nie chciał przesadzić z ciężarem który zamuliłby tę skomplikowaną muzykę. Jedno jest pewne, mnie zmuliło, ale pozytywnie. Kto odważny by tego posłuchać?

 

 

Płytę kupisz na : VOICESHOP

 

Bogusław Zajączkowski