Tegoroczny Off Festiwal: zawodzą dwie gwiazdy imprezy – The Kills i Anohni, trzecia stawia się karnie na scenie, jest nim Devendra Banhart. To bardzo tajemnicza postać. Amerykański song writer, którego twórczość określana jest mianem freak folku. Jego płyty wyróżniają się onirycznym, sennym, baśniowym klimatem, który potęguje surrealistyczna maniera wokalna Banharta. Muzyka artysty brzmi jak Pink Floyd z okresu Syda Barretta pomieszany z Timem Buckley’em i Nickiem Drakem z dodatkiem klimatu bossa novy Stana Getza i Jao Gillberto. Ostatecznie te piosenki mogłyby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej odlotowej kreskówki dla dzieci, zrobionej przez starego hippisa, który nie odstawił peyotlu. Najfajniejsze w twórczości Devendry jest to „coś”, czego do końca nie można określić, coś co non stop nam umyka – ja to określam "melancholijny, senny spleen". Utwory są wielopłaszczyznowe: prosta melodia, ale podana w absolutnie niekonwencjonalny sposób, okryta udziwnionymi aranżacjami, spośród których tylko czasami można wyłowić klasycznie brzmiące akordy. Przykładem „Mara” – podstawą tej piosenki są gitary wzięte z muzyki reggae, które wcale nie brzmią radośnie, ale mgliście, surrealistycznie. Devendra Banhart należy obecnie do absolutnej czołówki najciekawszych muzyków w szeroko pojmowanej muzyce rockowej. Wyobraźnia muzyka nie zna ograniczeń, ba ona ich po prostu nie uznaje. Naprawdę warto zanurzyć się w muzyczny wszechświat Devendry Banharta, zapewniam, że są tam takie cuda o których nie śniło się nawet filozofom.

Płytę CD kupisz na: Voiceshop

Bogusław Zajączkowski